Służba Zdrowia - strona główna
SZ nr 26–33/2020
z 23 kwietnia 2020 r.

Stuknij na okładkę, aby przejść do spisu treści tego wydania


>>> Wyszukiwarka leków refundowanych


Czas trudnych pytań

Małgorzata Solecka

Daleka od zadowalającej liczba wykonywanych testów. Niejasności
w metodologii raportowania potwierdzonych przypadków i zgonów. Dramat w domach pomocy społecznej. Papierowe procedury kierowania do pracy
w szpitalach. Zakażenia personelu medycznego na skutek (braku) procedur
i środków ochrony osobistej. Polska z epidemią koronawirusa – stan na
12 kwietnia, Wielkanoc – radzi sobie nie najgorzej tylko dlatego, że od miesiąca kraj jest pogrążony w uśpieniu. Co będzie, gdy zacznie się budzić?



Polski rząd wyjątkowo wcześnie, gdy potwierdzone przypadki zakażenia koronawirusem liczyliśmy jeszcze najwyżej w dziesiątkach, wprowadził restrykcyjne środki bezpieczeństwa – od zamknięcia szkół i przedszkoli przez wygaszenie praktycznie całej działalności usługowej i większej części handlowej, po zamknięcie granic i całą listę niekiedy absurdalnych, a na pewno nie do końca zrozumiałych zakazów (zakaz samotnego spacerowania czy biegania po lesie) i nakazów (nakaz noszenia maseczek, gdy opuszczamy miejsce zamieszkania, bez żadnych wyłączeń dotyczących np. sytuacji zawodowych – zgodnie z rozporządzeniem od 16 kwietnia maseczki będą musieli nosić również prezenterzy telewizyjni – lub wieku). To właśnie ten totalny lockdown i wygaszenie znaczącej części – Ministerstwo Zdrowia szacuje, że jednej czwartej – kontaktów społecznych zablokowało gwałtowny przyrost zachorowań z powodu koronawirusa. Cena, jaką przyjdzie zapłacić za tę radykalną kurację, będzie wysoka, ale wszystko wskazuje na to, że nie mieliśmy wyjścia.

Minister zdrowia musiał już pod koniec lutego zdawać sobie sprawę z faktu, że skoro pod naporem ciężkich przypadków COVID-19 pękł system ochrony zdrowia w bogatej Lombardii, skoro nie poradziła sobie z nim Francja, mająca jeden z lepiej ocenianych systemów zdrowotnych, w potężne turbulencje wpadła Hiszpania i Wielka Brytania (o sytuacji w USA nie warto nawet wspominać, koronawirus obnażył wszystkie słabości najdroższego systemu zdrowotnego świata), Polska nie wytrzyma nawet kilka razy mniejszego obciążenia. Jedynym wyjściem było zredukowanie liczby zachorowań – a więc i ciężkich przypadków – nie dwa, trzy razy, a co najmniej – dziesięć. – Kupujemy czas, żeby dać szansę lekarzom, by mogli pomagać pacjentom, by nie stali przed koniecznością podejmowania dramatycznych decyzji, komu dać respirator – przekonywał, wielokrotnie, w marcu i kwietniu Łukasz Szumowski.

Z respiratorami – odpukać – dramatu nie ma. Miejsca w szpitalach zakaźnych są, choć miejscami (Warszawa, Wrocław!) wyznaczone placówki zaczynają się zapełniać pacjentami. Mimo to trudno mówić o spokoju. I o tym, że Polska ma epidemię pod kontrolą. Przeciwnie, im dłużej trwa epidemia, tym więcej pojawia się pytań i wątpliwości. Przede wszystkim – czy inne, oprócz lockdownu, decyzje były i są podejmowane w optymalny sposób. Tak, by nie zmarnować ani ułamka procenta z tej ceny, którą płaci społeczeństwo i gospodarka.

Dlaczego tak mało testujemy?



Tuż przed Świętami Wielkanocnymi Ministerstwo Zdrowia z dumą ogłosiło wykonanie ponad 11 tysięcy testów w ciągu doby. – Przepustowość już ponad 60 laboratoriów osiągnęła 16 tysięcy testów na dobę, naszym celem jest 20 tysięcy – mówił rzecznik prasowy resortu zdrowia. Można byłoby bić brawo, gdyby w Niedzielę Wielkanocną liczba wykonanych testów nie spadła do nieco ponad 8 tysięcy (połowa przepustowości). Fakt, święta – ale koronawirus ich nie celebruje. A wszystko wskazuje, że to nie problem jednostkowy, a systemowy (tydzień wcześniej, w Niedzielę Palmową, wykonano 4,7 tysiąca testów, czyli też połowę tego, co mogły wykonać laboratoria). Dopiero w Wielkim Tygodniu Ministerstwo Zdrowia wpadło na pomysł, że w każdym województwie musi powstać komórka, która będzie zarządzać „ruchem” próbek. Tak, by trafiały tam, gdzie laboratoria mają moce przerobowe, a nie tworzyły zatorów. Wniosek – bolesny. Poślednie miejsce Polski w rankingu krajów europejskich pod względem liczby wykonanych testów na milion mieszkańców (wyprzedziliśmy jedynie Rumunię!) to nie wynik „etapu epidemii”, jak przekonywał i przekonuje minister zdrowia. I nawet nie efekt fizycznego braku testów (choć i takie sygnały się zdarzały), a rezultat braku procedur. Rezultat braku wiedzy (kompetencji), chaosu, który jeszcze w kwietniu powodował sytuacje, do których na żadnym etapie epidemii – a już na pewno nie w momencie, gdy transmisja pozioma stała się faktem – nie powinno dochodzić, czyli odmowy ze strony poszczególnych sanepidów wykonania testów. Jeśli na to nałożyć błędne decyzje podejmowane na poziomie wojewodów (Małopolska – rozwiązanie umowy na obsługę karetek wyjeżdżających po wymazy do osób pozostających w kwarantannie lub z innych przyczyn niemogących opuścić domu), nieszczęście – w postaci przeoczenia ognisk epidemii – gotowe.

Kto zaniedbał DPS-y?



W połowie marca Rzecznik Praw Obywatelskich zwrócił się do kilku ministerstw w sprawie podległych im instytucji – od więzień po domy pomocy społecznej – w których, z powodów oczywistych, epidemia może przybrać najgroźniejsze rozmiary. Adam Bodnar, traktowany przez obóz rządzący jak ideologiczny wróg, chciał zwrócić uwagę, że osoby pozostające w zamknięciu, muszą być w sposób szczególny chronione przed wirusem.

To, co stało się z listem RPO, gdzie trafił, czy stał się przedmiotem refleksji i, przede wszystkim, czy w jakikolwiek sposób przełożył się na działania decydentów, powinno zostać wnikliwie zbadane przez organy ścigania oraz – być może – sejmową komisję śledczą. Być może zresztą okaże się to niepotrzebne, bo rozwój sytuacji na bieżąco wymusi decyzje personalne i transparentne, o ile to możliwe, rozliczenie osób odpowiedzialnych za zaniedbania. Bo to, że do zaniedbań na poziomie rządu, odpowiedzialnego od A do Z za koordynację przeciwdziałania i zwalczania epidemii, doszło – jest więcej niż pewne. Jedyną receptą, stosowaną zresztą bez konsekwencji, był – przez całe tygodnie – zakaz odwiedzin.

Ministerstwo Zdrowia (któremu notabene DPS-y przecież nie podlegają) musiało na tydzień przed Wielkanocą, gdy w kilkunastu miejscach w Polsce koronawirus zbierał żniwo wśród pensjonariuszy, w trybie awaryjnym kierować do placówek 1,2 miliona maseczek ochronnych (najzwyklejszych, jednorazowych), a wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej apelowała do obywateli o przekazywanie środków ochrony osobistej. To fakty niewymagające rozbudowanego komentarza.

I nie ma większego znaczenia to, że ośrodki dla seniorów w innych krajach europejskich również padły ofiarą koronawirusa. Przeciwnie, mając świadomość (o ile tę świadomość decydenci mieli, a mieć powinni), jakie problemy wystąpiły we Włoszech, Francji czy Hiszpanii (porzucanie podopiecznych), Polska powinna zrobić wszystko, by zapobiec szkodom.

Co z liczbą zgonów?



Czy rząd, minister zdrowia ukrywa rzeczywistą liczbę zgonów – być może po to, by rozmiary epidemii nie uniemożliwiły przeprowadzenia wyborów prezydenckich w maju? – Musiałbym mieć niesamowicie rozbudowaną siatkę agentów, sięgającą każdego szpitala powiatowego, każdego sanepidu – komentował takie spekulacje Łukasz Szumowski. Ale tutaj nie fakty się liczą, a przynajmniej nie tak bardzo jak tzw. vox populi. Prowadzone przez niezależne ośrodki badania opinii publicznej w czasie pandemii pokazywały na przełomie marca i kwietnia, że od 33 do ponad 40 proc. Polaków jest przekonanych o manipulacjach – dotyczących zarówno liczby zakażonych, jak i liczby zgonów. Manipulacjach, czyli świadomym i intencjonalnym naginaniu statystyk.

Czy te przekonania mają podstawy w faktach? Raczej nie. Bez wątpienia natomiast statystyki dotyczące zgonów z powodu COVID-19 w Polsce są i będą niewiarygodne. Po pierwsze, nie mamy „armat” – czyli wypracowanej dobrej metodologii sprawozdawania przyczyn zgonów. Choroby układu krążenia są od lat do tego stopnia nadreprezentowane w polskich rejestrach, że WHO ignoruje nasze dane. A ponieważ stwierdzenie zgonu z powodu zakażenia koronawirusem wiąże się z problemami proceduralnymi (kontakt z sanepidem!) wielu lekarzom łatwiej jest stwierdzić zgon z powodu niewydolności oddechowej. Że w ten sposób zaciemnia się obraz epidemii? Mamy swoje problemy…

Dlaczego system skierowań nie działa?



Na szesnaście osób skierowanych do pracy w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Radomiu (polskie „Bergamo” pod względem zakażeń w jednej placówce) do pracy stawiły się do Świąt Wielkanocnych… cztery. Wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł tych, którzy nie przedstawili zwolnienia lekarskiego lub w inny sposób nie udokumentowali niemożności wykonania polecenia, wydanego na podstawie przepisów ustawy o zwalczaniu epidemii, ukarał grzywną w wysokości 5 tysięcy złotych.

Radom nie jest jedyną placówką, którą pracownicy – pielęgniarki, lekarze – kierowani przez wojewodę, starają się omijać. Powód jest zawsze ten sam: nie tyle obawa, co przekonanie, że stawienie się do pracy oznacza gwarancję zakażenia. – Szpital w Radomiu i wszystkie placówki, w których jest kilkudziesięciu, stu i więcej zakażonych należałoby ewakuować. Pacjentów rozmieścić w szpitalach jednoimiennych lub izolatoriach, budynki odkazić, zaopatrzyć w środki ochrony osobistej, i dopiero wtedy ściągnąć personel do pracy w reaktywowanym szpitalu – mówi anonimowo dyrektor dużego szpitala. I dziwi się, dlaczego minister zdrowia, w porozumieniu z wojewodą, nie decyduje się na przeprowadzenie takiego modelowego rozwiązania, być może z użyciem wojska. – Ma ku temu pełne narzędzia. Może, co warto przypomnieć, zawiesić dyrektora szpitala i wprowadzić swojego komisarza. Dlaczego nie korzysta z tej opcji?

Pracownicy medyczni wiedzą, że odmówić pracy przy epidemii, powołując się na brak środków ochrony osobistej nie mogą – są w tej sprawie jednoznaczne opinie prawne. Mogą „po wszystkim” pozwać osoby odpowiedzialne za owe braki, jednak gra toczy się o najwyższą stawkę, bo o życie. We Włoszech do połowy kwietnia, między innymi przez brak środków ochronnych, zmarło już ponad stu lekarzy zakażonych koronawirusem. Szczególnie źle odbierane jest kierowanie do szpitali niezakaźnych – do tych „covidowych” środki ochrony osobistej są dostarczane priorytetowo, pozostałe muszą czekać dłużej. I często, jak twierdzą medycy, dostają żałosne ochłapy w postaci kilkudziesięciu maseczek, zbiornika (jednego!) z płynem dezynfekującym czy kilku (w porywach) kombinezonów. – Marzec przeżyliśmy dzięki temu, co udało się zgromadzić dzięki społecznej ofiarności i kupić za własne pieniądze – mówią zgodnie lekarze z różnych części kraju.

To chyba najprostsza, choć na pewno niełatwa, odpowiedź na pytanie o brak gotowości do świadczenia pracy w sytuacji permanentnego zagrożenia epidemicznego. – Brak procedur plus odgórne próby zamykania medykom ust też zrobiły swoje. Wzmogły panikę, która nie sprzyja racjonalnym decyzjom. Dobrym decyzjom – można usłyszeć od tych, którzy na zwolnienie się nie wybierają i od kilku tygodni mieszkają w przyszpitalnym hotelu, by nie narażać rodziny. Poza nielicznymi przypadkami nikt tych, którzy „uciekli” nie chce osądzać. – Nie przysięgaliśmy oddawać życia, ale leczyć pacjentów zgodnie z aktualną wiedzą medyczną. A ta jest taka, że pacjenta w czasie epidemii lekarz bada w pełni zabezpieczony, dopóki nie okaże się, że nie jest on nosicielem wirusa.

Co z równością wobec wirusa?



Nosicielem wirusa może być, jak przekonuje od początku kwietnia, na tym etapie epidemii dosłownie każdy. Stąd apele o dystansowanie społeczne (czyli, mówiąc wprost, utrzymywanie minimum dwumetrowej odległości od innych osób). Stąd patrole policji, wspieranej przez straże miejskie i wojsko, na ulicach miast i sypiące się, niekiedy zupełnie uznaniowo, mandaty dla osób, które zdaniem mundurowych nie przestrzegają zasad narodowej kwarantanny. Stąd nadawane przez megafony zamontowane w radiowozach komunikaty: – Uwaga! Uwaga! W związku ze stanem epidemii…

Stan epidemii obowiązuje wszystkich, ale nie wszyscy są równi. 10 kwietnia cała Polska widziała grupę osób (która jednak, zdaniem policji, nie spełniała definicji zgromadzenia), która na placu Piłsudskiego w Warszawie składała wieńce ku czci ofiar katastrofy smoleńskiej. Nie było dystansu dwóch metrów, nie było (nieobowiązkowych jeszcze) maseczek ochronnych. Był, jak podkreślali potem liczni politycy Prawa i Sprawiedliwości – szacunek wobec ofiar katastrofy. Nie było szacunku wobec tych, którzy od kilku tygodni karnie uczestniczą w akcji #zostańwdomu, respektując wszystkie zalecenia władz. Nie było szacunku wobec ministra zdrowia, który codziennie powtarza apele o utrzymywanie dystansu. Łukasz Szumowski zresztą, jako jedyny polityk obozu rządzącego, otwarcie stwierdził, że wieńce można było składać pojedynczo, a przynajmniej – utrzymać większy dystans.

Koronawirus nie omija zgromadzeń tylko dlatego, że według policji – powtarzającej zalecenia „góry” – premier, marszałek sejmu, prezes PiS Jarosław Kaczyński i towarzyszący mu najbliżsi współpracownicy „wypełniali obowiązki służbowe”. To, co wydarzyło się na placu Piłsudskiego, można byłoby uznać za coś, do czego w ostatnich latach się zdążyliśmy przyzwyczaić – uznawania przepisów za wtórne wobec woli prezesa partii rządzącej i nieistotne dla dalszego przebiegu epidemii, gdyby nie jeden – kluczowy – fakt. Tego samego dnia portal Onet.pl opublikował wyniki cyklicznego, pogłębionego, badania, którego podstawowy wniosek powinien polityków wręcz zaalarmować: mobilizacja Polaków do zachowywania reżimu sanitarnego w związku z epidemią słabnie. Perspektywa Świąt Wielkanocnych, piękna wiosenna pogoda – to wszystko nie sprzyja izolacji.

– Ciągle jest u nas możliwy scenariusz włoski. Jeśli nie będziemy respektować ograniczeń, wyjedziemy na święta, będziemy się przemieszczać, możemy mieć za miesiąc kilkadziesiąt tysięcy zachorowań – mówił 11 kwietnia minister Łukasz Szumowski.

Ryba, niestety, psuje się od głowy. Zachowania społeczne – również.






Najpopularniejsze artykuły

Ciemna strona eteru

Zabrania się sprzedaży eteru etylowego i jego mieszanin – stwierdzał artykuł 3 uchwalonej przez sejm ustawy z dnia 22 czerwca 1923 r. w przedmiocie substancji i przetworów odurzających. Nie bez kozery, gdyż, jak podawały statystyki, aż 80 proc. uczniów szkół narkotyzowało się eterem. Nauczyciele bili na alarm – używanie przez dzieci i młodzież eteru prowadzi do ich otępienia. Lekarze wołali – eteromania to zguba dla organizmu, prowadzi do degradacji umysłowej, zaburzeń neurologicznych, uszkodzenia wątroby. Księża z ambon przestrzegali – eteryzowanie się nie tylko niszczy ciało, ale i duszę, prowadząc do uzależnienia.

Rzeczpospolita bezzębna

Polski trzylatek statystycznie ma aż trzy zepsute zęby. Sześciolatki mają próchnicę częściej niż ich rówieśnicy w Ugandzie i Wietnamie. Na fotelu dentystycznym ani razu w swoim życiu nie usiadł co dziesiąty siedmiolatek. Statystyki dotyczące starszych napawają grozą: 92 proc. nastolatków i 99 proc. dorosłych ma próchnicę. Przeciętny Polak idzie do dentysty wtedy, gdy nie jest w stanie wytrzymać bólu i jest mu już wszystko jedno, gdzie trafi.

Astronomiczne rachunki za leczenie w USA

Co roku w USA ponad pół miliona rodzin ogłasza bankructwo z powodu horrendalnie wysokich rachunków za leczenie. Bo np. samo dostarczenie chorego do szpitala może kosztować nawet pół miliona dolarów! Prezentujemy absurdalnie wysokie rachunki, jakie dostają Amerykanie. I to mimo ustawy, która rok temu miała zlikwidować zjawisko szokująco wysokich faktur.

ZUS zwraca koszty podróży

Osoby wezwane przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych do osobistego stawiennictwa na badanie przez lekarza orzecznika, komisję lekarską, konsultanta ZUS często mają do przebycia wiele kilometrów. Przysługuje im jednak prawo do zwrotu kosztów przejazdu. ZUS zwraca osobie wezwanej na badanie do lekarza orzecznika oraz na komisję lekarską koszty przejazdu z miejsca zamieszkania do miejsca wskazanego w wezwaniu i z powrotem. Podstawę prawną stanowi tu Rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 31 grudnia 2004 r. (...)

Wołanie o profilaktykę

Z dr. n. med. Krzysztofem Walczewskim, ordynatorem oddziału psychiatrii w Szpitalu Klinicznym im. dr. Józefa Babińskiego SP ZOZ w Krakowie i autorem programu profilaktyki depresji w woj. małopolskim „Wyprzedzić smutek” rozmawia Katarzyna Cichosz.

50 lat krakowskiej kardiochirurgii dziecięcej

Krakowska kardiochirurgia dziecięca w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie-Prokocimiu zajmuje się leczeniem wrodzonych wad serca u dzieci i młodzieży z całej Polski, a także z zagranicy. Ma na swoim koncie wiele sukcesów. W 2010 r. Klinika została uznana za najlepszą w plebiscycie ośrodków kardiochirurgii dziecięcej i otrzymała dyplom i nagrodę tygodnika „Newsweek” za zajęcie I miejsca w Polsce. W 2013 r. Klinikę Kardiochirurgii Dziecięcej w Krakowie wyróżniono pierwszą lokatą dla najlepszego ośrodka medycznego w kraju i „Złotym Skalpelem” przyznawanym przez redakcję „Pulsu Medycyny”. Powtórnie „Złoty Skalpel” przyznano jej w 2016 r. W tym roku obchodzi jubileusz 50-lecia.

Leczenie wspomagające w przewlekłym zapaleniu prostaty

Terapia przewlekłego zapalenia stercza zarówno postaci bakteryjnej, jak i niebakteryjnej to duże wyzwanie. Wynika to między innymi ze słabej penetracji antybiotyków do gruczołu krokowego, ale także z faktu utrzymywania się objawów, mimo skutecznego leczenia przeciwbakteryjnego.

Protonoterapia. Niekończąca się opowieść

Ośrodek protonoterapii w krakowskich Bronowicach kończy w tym roku pięć lat. To ważny moment, bo o leczenie w Krakowie będzie pacjentom łatwiej. To dobra wiadomość. Zła jest taka, że ułatwienia dotyczą tych, którzy mogą za terapię zapłacić.

Leki, patenty i przymusowe licencje

W nowych przepisach przygotowanych przez Komisję Europejską zaproponowano wydłużenie monopolu lekom, które odpowiedzą na najpilniejsze potrzeby zdrowotne. Ma to zachęcić firmy farmaceutyczne do ich produkcji. Jednocześnie Komisja proponuje wprowadzenie przymusowego udzielenia licencji innej firmie na produkcję chronionego leku, jeśli posiadacz patentu nie będzie w stanie dostarczyć go w odpowiedniej ilości w sytuacjach kryzysowych.

EBN, czyli pielęgniarstwo oparte na faktach

Rozmowa z dr n. o zdrowiu Dorotą Kilańską, kierowniczką Zakładu Pielęgniarstwa Społecznego i Zarządzania w Pielęgniarstwie w UM w Łodzi, dyrektorką Europejskiej Fundacji Badań Naukowych w Pielęgniarstwie (ENRF), ekspertką Komisji Europejskiej, Ministerstwa Zdrowia i WHO.

Różne oblicza zakrzepicy

Choroba zakrzepowo-zatorowa, potocznie nazywana zakrzepicą to bardzo demokratyczne schorzenie. Nie omija nikogo. Z jej powodu cierpią politycy, sportowcy, aktorzy, prawnicy. Przyjmuje się, że zakrzepica jest trzecią najbardziej rozpowszechnioną chorobą układu krążenia.

Reforma systemu psychiatrii zbacza z wyznaczonego kursu

Rozmowa z Markiem Balickim, byłym pełnomocnikiem ministra zdrowia ds. reformy psychiatrii dorosłych i byłym kierownikiem biura ds. pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego na lata 2017–2022, ministrem zdrowia w latach 2003 oraz 2004–2005.

Edukacja zdrowotna w polskiej szkole

Edukacja zdrowotna ma trafić do szkół. Aby faktycznie zapobiegać chorobom, powinna spełniać szereg warunków, inaczej będzie tylko pozornym ruchem.

Endometrioza – wędrująca kobiecość

Podstępna, przewlekła i nieuleczalna. Taka jest endometrioza. Ta tajemnicza choroba ginekologiczna, badana od przeszło stu lat, nadal pozostaje dla lekarzy niewyjaśniona. Pomimo że występuje u kobiet coraz częściej, wciąż trudno określić mechanizm jej powstawania i rozwoju, a jej następstwa są poważne, prowadzą nawet do bezpłodności.

Zawał serca u osób młodych

Zawały serca przypisuje się zazwyczaj ludziom w starszym czy w średnim wieku. Niestety, prawda jest taka, że systematycznie rośnie liczba zawałów wśród ludzi młodych, co zazwyczaj ma bezpośredni związek z trybem życia, jaki prowadzą.

Gdy rozum śpi, budzi się bestia

Likantropia (z gr. lýkos – wilk i ánthropos – człowiek) to wiara w zdolność
przekształcania się ludzi w zwierzęta, zwłaszcza w wilki. Etymologię tego
terminu wywodzi się też od króla Arkadii – Likaona, który, jak opisuje
Owidiusz w Metamorfozach, został przemieniony w wilka, gdyż ośmielił się
podać Zeusowi ludzkie mięso – ciało własnego syna.




bot