Służba Zdrowia - strona główna
SZ nr 77–84/2015
z 8 października 2015 r.

Stuknij na okładkę, aby przejść do spisu treści tego wydania


>>> Wyszukiwarka leków refundowanych


Wyżej niż Ikar

Krzysztof Boczek

Sebastian Kawa, polski ginekolog, jest najbardziej utytułowanym szybownikiem
na świecie w historii tego sportu. Niedawno jako pierwszy przeleciał szybowcem nad Himalajami.


Krzysztof Boczek: Zaskoczyło mnie, że dość istotną rolę w historii pana życia i pasji odegrał magazyn... „Służba Zdrowia”.

Sebastian Kawa: (śmiech) Historia jest z czasów głębokiego komunizmu, gdy mój ojciec pracował na Górnym Śląsku, a niebo zasnuwały tam gęste kłęby dymu. Tata – także lekarz, zapalony szybownik i pilot samolotowy – w kolejną rocznicę Rewolucji Październikowej był na dyżurze. Pielęgniarka przyniosła mu właśnie wydanie „Służby Zdrowia”. Na pierwszej stronie była podobizna Lenina. Od razu więc obrócił gazetę. A tam wisiały ogłoszenia o pracę. Rzuciła mu się w oczy jedna oferta – dla lekarza w Międzybrodziu Żywieckim – mekce polskich szybowników i lotników. To prawie kurort. Był tam wcześniej kilka razy na obozach i bardzo chciał tam zakotwiczyć. Więc gdy skończył dyżur, pojechał do Międzybrodzia, by podpisać kontrakt. Mama dowiedziała się o tym i naszych przenosinach dopiero gdy ojciec wrócił wieczorem z Międzybrodzia.

K.B.: Gdyby nie ta zmiana i silna pasja ojca, pan zainteresowałby się szybownictwem?

S.K.: Nie wiem. Różnie mogłoby być. Ale poszedłem w ślady ojca. Bo on jest wielkim fascynatem szybownictwa. Jako młodzieniec zbudował sobie szałas pod lotniskiem w Kurowie k. Nowego Sącza. Mieszkał tam dwa miesiące, żywiąc się borówkami i złapanymi w potoku pstrągami. Tak bardzo pociągały go samoloty. Potem został bardzo dobrym pilotem, brał udział w mistrzostwach Polski. Mnie praktycznie wychował na murawie lotniska w Między-
brodziu. Żyłem tymi sukcesami ojca, opowiadaniami z lotów, emocjami z przestworzy. Zawsze mnie to fascynowało. Właściwie nie miałem innego wyjścia – musiałem latać.

K.B.: Do jakich głupot w dzieciństwie popchnęła pana dojrzewająca pasja?

S.K.: Połamałem jakieś rowery, bo skakaliśmy na nich z górek z piasku, z doczepionymi do pleców skrzydełkami ze szmatek. Rozpędzaliśmy się i hop, by „lecieć”… Zwykłe kolarzówki nie wytrzymywały takich eksperymentów. Analogicznie łamaliśmy też narty zimą. Ludzie z lotniska wspominają, że za każdym razem, gdy tata miał startować, jako kilkulatek siadałem na ogonie szybowca i twardo mówiłem: „Lecę razem z nim!”.
Kiedyś zamiast linę od szybowca, podczepiłem linę od innego samolotu. I tak, jeden, startując pociągnął za sobą drugą maszynę. W dodatku ogonem do przodu (śmiech).

K.B.: A ma pan ciągle to zdjęcie, na którym jako kilkulatek, bez majtek włazi pan do świeżo rozbitego szybowca?

S.K.: Jest nawet w mojej książce „Niebo pełne żaru”. Ten szybowiec wtedy trochę „przychuliganił” – zbytnio się rozpędził i lądując uderzył ogonem. Nikt nie zginął, ale kadłub był pęknięty. Ludzie przyszli oglądać, a ja wlazłem do niego, by obejrzeć linki w środku. I wtedy fotkę pstryknął kolega ojca, który pisał dla „Skrzydlatej Polski”. Podpisał „Inspektorat Cywilnych Statków Powietrznych bada przyczyny wypadku”. Ówczesna władza niestety nie miała poczucia humoru i skończyło się to dla niego zawieszeniem i kłopotami.

K.B.: Zdziwiło mnie, że nie pamięta pan swojego pierwszego lotu.

S.K.: Ja tylko nie jestem pewien, czy to był pierwszy. Bo pamiętam lot Zlinem – czeskim samolocikiem do akrobacji, bardzo hałaśliwym. Lecieliśmy chyba z Bielska-Białej do Gliwic. Z przodu maszyny stała skrzynka piwa, a ja siedziałem ojcu na kolanach. Czy to był mój pierwszy lot? Nie wiem. Bo to były takie czasy, że ludzie z aeroklubu, jeśli nie mieli auta, to lecieli gdzieś załatwić sprawę, albo na... zakupy. Wersalka, która do teraz stoi w naszym domu, przyleciała gdzieś ze Śląska samolotem Jak-12. Bardzo dobrze pamiętam lot Bocianem (polski szybowiec – red.) – mój pierwszy lot szybowcem. Letni dzień, góra Żar, nie było chętnych do latania. Tata więc zabrał mnie. Miałem wtedy kilkanaście lat. Przynieśli mi poduchy, jakieś szmaty, podkładki, bym siedząc w kabinie, mógł cokolwiek zobaczyć – Bocian ma wysoką burtę. Mogłem sobie nawet posterować drążkiem. Wynieśliśmy się na 2,5 tys. m, pod chmury. Niestety było bardzo zimno, a ja byłem w krótkich spodenkach. Zmarz-
łem.

K.B.: Potem pewno sporo emocji przynosiły lądowania awaryjne?

S.K.: Szybowcem trzeba czasami lądować w kartoflisku, zbożu czy w kukurydzy. Ja się przekonałem, że bardzo dobre są pola z buraczkami. Bo wszystkie ich bulwy są na jednym poziomie – przed zasadzeniem buraczków takie pole się walcuje. Dzięki temu jest ono równiejsze nawet niż lotnisko. Po takim lądowaniu trzeba szybowiec rozmontować, przywieźć, zmontować. Lepiej więc dolatywać na lotnisko. W Międzybrodziu, oprócz góry Żar, która jest wysoko, i jeziora, nie ma nic równego do lądowania. Wokół góry. Więc był taki czas, że co roku jakiś pechowiec lub dwóch lądowało na tafli wody. Ojciec i ja musieliśmy już lądować na.... bagnach. Zawody w okolicach Łagowa k. Zielonej Góry. Chłodny maj. W nocy przymrozki, czasami krupy śnieżne. Leciałem Jantarem 2B – duży, ciężki, polski szybowiec. Chciałem nim prześmignąć pod chmurą burzową. Wydawało mi się, że dam radę. Pomyliłem się. Musiałem lądować w jakimś dużym kompleksie leśnym. Znalazłem tam równe miejsce. Z daleka. Z bliska okazało się, że to nie łąka, tylko bagienko. W momencie lądowania szybowiec się dosłownie zapadł – podłoże było tak miękkie, jak słabo nadmuchany materac. Nie miałem żadnej komórki, bo wówczas miały one rozmiar cegły i mało kto je miał. Najpierw więc musiałem się przeprawić przez rzeczkę. W lesie znalazłem druty telefoniczne, po nich leśniczówkę. Gdy zjawił się leśniczy, zadzwoniliśmy na lotnisko. I dopiero wtedy kolega przyjechał po mnie. Ale bez ekipy. Więc rozmontowaliśmy szybowiec na bag-nie i... spławialiśmy go rzeką. Indiańskim sposobem – ciuchy trzymaliśmy w węzełku i nad głową.

Podobną przygodę miał tata. Wylądował na bagnach nad Narwią, drewnianym szybowcem Foka. Wyszedł i zobaczył grupę dzieci biegnącą do niego. W pewnym momencie się zatrzymały. On macha do nich, by podeszły, a któreś z nich krzyczy:

– Panie, tam się ostatnio krowa utopiła! (śmiech). Musiał czekać. Szybowiec na szczęście nie tonął. Przyjechał jakiś pułk wojska. Na drabinach podczołgali się i ściągnęli maszynę z ojcem.

K.B.: Jak daleko lata się szybowcem?

S.K.: Ja przeleciałem ponad 2 tys. km w jednym locie. W Argentynie. To jedyne miejsce na Ziemi, w którym można robić tak długie loty na tzw. fali. Zjawisko powstaje przy silnym wietrze, gdy przeskakuje on nad górami. W Argentynie jest ogromne pasmo gór, a wokół rozległe połacie oceanu, więc to wyjątkowe miejsce pod względem powstawania ogromnej fali. Dlatego z jednego rekonesansu stamtąd przywiozłem naraz aż 8 rekordów Polski, m.in. ten najdłuższy przelot. Tak długie trasy to jednak rzadkość. Standardowo na zawodach jest ok. 500 km do pokonania.

K.B.: Czy kiedyś w chmurach czuł pan już, że Charon siedzi w szybowcu, sterując nim na drugą stronę Styksu?

S.K.: Loty są nacechowane pewnym niepokojem. Prawie cały czas. Obawa przed utratą wysokości, czy przed tym, że nie będzie gdzie lądować. Albo że lecimy za blisko skał i prąd, którzy przykleja się do nich, przydusi szybowiec... To się zdarza. Ja ryzykuję, ale zawodowo. Gdy pojawia się niebezpieczeństwo osobiste, zapala się we mnie czerwona lampka, że trzeba coś zrobić. Unikam takich sytuacji. Mam spore doświadczenie i umiejętności, więc latam bezpieczniej niż inni zawodnicy. Podejmuję mniejsze ryzyko, by uzyskać odpowiednie rezultaty.

K.B.: Ale przecież w tym sporcie nie wszystko zależy od człowieka i jego umiejętności...

S.K.: Oczywiście. Ale zawsze zostawiam sobie jakiś margines bezpieczeństwa, gdy np. krążę przy skałach, korzystając z prądów wznoszących. Charon więc nigdy nie zajrzał mi w oczy. W życiu nigdy nie rozbiłem żadnej maszyny.

K.B.: Co jest tak pięknego w szybownictwie, że warto ryzykować?

S.K.: To się zmienia z czasem. Ludzie młodzi są zafascynowani tym, że mogą się oderwać od ziemi i przemieszczać się w trójwymiarowej przestrzeni. Ten moment, gdy zaczynamy się w szybowcu unosić, tak 1–2 metry nad ziemią, jest najbardziej ekscytujący. Bo wtedy mamy bezpośredni kontakt wzrokowy z przeszkodami, drzewami, budynkami, ludźmi. A już lecimy. Już możemy manewrować. Latanie w górach jest też fascynujące, bo śmigamy między wierzchołkami, blisko zboczy, drzew. Potem ludzie fascynują się tym, że można się przemieszczać, dotrzeć gdzieś dalej. Szybowiec to prawie jak teleportacja. Docieramy do miejsc, które są niedostępne dla innych – odległe góry, duże kompleksy leśne, jeziora. Jeżeli ktoś się tam dostaje, to tylko pojedyncze osoby i to z wielkim wysiłkiem. A szybownik jest w stanie obejrzeć te miejsca kamień po kamieniu. Godzinami można się napawać widokami np. lodowców. Mnie cieszy też, że mogę dolecieć w takie miejsca dzięki... siłom natury. Przy okazji jeszcze pokonując konkurentów na zawodach.

K.B.: Co jest szczególnie piękne, gdy patrzy się na to z szybowca?
S.K.: Właśnie te miejsca, w których rzadko kto może się pojawić, np. duże parki narodowe. Nie wlecisz tam helikopterem, samolotem, bo te mają silniki. A szybowcem – nie ma problemu.

K.B.: O co szybownik jest bogatszy od nie-szybowników?

S.K.: Przeżycia, które trudno czasami opisać słowami. Miejsca, które się odwiedziło. Ja już z szybowcem byłem na wszystkich kontynentach. Nie wyobrażam sobie poznawania świata na piechotę. W rejonie 300 km od miejsca, w którym rozgrywają się zawody, znam prawie każdy szczegół. I to jest coś niesamowitego. Ciekawa jest pustynia Kalahari – rdzawo-czerwona, niezwykle kolorowa. Ale latanie tam jest nudne, bo trzeba trzymać się na dużej wysokości 3–4 tys. m nad terenem. Chmury wspaniale wyglądają, bo suche powietrze jest przenikliwie czyste. Burze, z widocznymi kowadłami za horyzontem, tworzą niezwykłe spektakle. Najciekawsze jest latanie w górach. Tam narodziło się szybownictwo, i teraz tam wraca.

K.B.: Przeszedł pan do historii lotnictwa jako pierwszy człowiek, który szybowcem leciał nad Himalajami.

S.K.: W pierwszej części tego projektu przeszliśmy przez biurokratyczne piekło, które urządziła nam kasta urzędników Nepalu. Trwało to bardzo długo. Gdy załatwiliśmy formalności, to zostały nam 3 dni na latanie. I popsuła się pogoda. Dosłownie ostatniego dnia mieliśmy nadzieję, że przynajmniej zobaczymy Himalaje. I wtedy powstała „fala”. Wiatr wiał 200 km/h. W Nepalu nie ma lotnictwa sportowego, brak więc samolotów, które mogłyby pociągnąć szybowiec. Dlatego model, którym ja tam dysponowałem był wyposażony w mały silnik. On wyniósł nas na 500–600 m nad lotnisko i dalej już prądami powietrznymi do góry. Dzięki temu wydostaliśmy się nad wierzchołki chmur. Przy turbulencjach i silnym wietrze wznosiliśmy się bardzo szybko. Poszybowaliśmy na 9,6 tys. m, nad Annapurną. Kolory i sceneria nie do opisania. Tego nawet zdjęcia nie oddadzą. Soczyste barwy, w krystalicznie czystym powietrzu. Widoki na setki kilometrów. Tybet, subkontynent indyjski. Skały brązowe, słabo pokryte śniegiem. W takich momentach człowiek rozumie, po co się to robi.

K.B.: Z czym te emocje mógłby pan porównać?

S.K.: Z lądowaniem na Księżycu. Co prawda nasza ekipa była znacznie mniejsza i dysponowaliśmy skromniejszymi środkami niż NASA, ale sukces był dla nas zbliżony. Jako pierwszą oblecieliśmy z bliska Machapuchare – szczyt w masywie Annapurny. To święta góra hinduistów, na którą nie można wejść, wspinać się. Nikt nigdy tam nie był, a my oglądaliśmy ją z bliska. Żeglując w powietrzu.

K.B.: Przez miesiąc próbowałem do pana dotrzeć – cały czas był pan na zawodach. Głównie za granicą. Chyba już odwiesił pan kitel lekarski na wieszak, czy tak?

S.K.: Niezupełnie. W sezonie letnim właściwie mnie nie ma – co drugi tydzień latam. Nikt też by mi w takiej sytuacji etatu nie zaoferował. Ale nadal pracuję jako lekarz w rodzinnym ośrodku zdrowia – rodzice i żona prowadzą własną praktykę. W niej mogę sobie chałturzyć.

K.B.: Czyli można pogodzić intensywne latanie i pracę ginekologa?

S.K.: Da radę. Ale moja przygoda z szybownictwem już się kończy.

K.B.: Dlaczego?

S.K.: To nie jest sport, który przynosi pieniądze – w Polsce bardzo mało popularny. Z tego się nie da żyć. Kiedy już miałem sporo sukcesów międzynarodowych, to częściej o sobie mogłem przeczytać w gazetach nowozelandzkich, niemieckich, francuskich niż w Polsce. U nas cisza. Musiałbym albo pójść dalej i latać na dużych samolotach pasażerskich, albo z tak intensywnego uprawiania tej pasji zrezygnować.

K.B.: Czy kiedykolwiek zawód lekarza przydał się w tej pasji?

S.K.: Niestety było trochę wypadków, przy których miałem możliwość wykazania się. Kiedyś szybowiec podczas lądowania zahaczył o zboże i walnął z impetem o grunt. Pilot złamał kręgosłup. Innemu koledze, podczas katastrofy, ostre elementy blach prawie obcięły nogi – przecięte wszystkie tętnice, nerwy itd. Ja znalazłem się na miejscu wypadku przypadkowo, z pustymi rękami. Sytuacja była dramatyczna, ale udało się go uratować. Do teraz aż mnie ciarki przechodzą, gdy to wspominam.

K.B.: Swoją drugą książkę zatytułował pan „Moje skrzydła. Drugi znaczy ostatni”. Ma pan silną potrzebę rywalizacji?

S.K.: Tak. Ludzie pytają się mnie, „ile można?”, „jeszcze się panu nie znudziło?”. Bo już mam sporą kolekcję 20 medali z samych mistrzostw świata. Mimo to do każdych zawodów staram się podejść poważnie i dobrze się przygotować. Jeśli tak nie jest, to wpadam niemalże w szał. Co mnie nakręca do jeszcze intensywniejszego działania. Szybownictwo nie jest takim sportem jak bieganie – przelecisz bieżnię, zmierzysz czas i wiesz, w jakiej jesteś formie. W szybownictwie nie znasz swojej formy, dopóki nie zmierzysz się z innymi zawodnikami. A sukces na zawodach jest okupiony strasznym wysiłkiem.

K.B.: Ma pan w domu kopię obrazu Bruegla „Upadek Ikara”?

S.K.: Wiem, który to, ale nie mam go. Ale za to mam Ikary i Dedale pod innymi postaciami – rzeźby z brązu, kamienia, drewna, srebra....

K.B.: I co pan czuje, patrząc na nie?

S.K.: Że ludzie są złośliwi (śmiech).




Sebastian Kawa – dziewięciokrotny mistrz świata w konkurencjach szybowcowych, wielokrotny rekordzista świata w szybownictwie, zdobywca ponad 20 medali na MŚ, najbardziej utytułowany pilot szybowcowy w historii tego sportu. W 2014 r. jako pierwszy człowiek na Ziemi przeleciał szybowcem nad najwyższymi szczytami Himalajów. W młodości był wielokrotnym mistrzem Polski w żeglarstwie (Cadet, Optymist i 420). Autor książek: „Niebo pełne żaru” oraz „Moje skrzydła. Drugi znaczy ostatni”. Z zawodu ginekolog. Więcej:
www.SebastianKawa.pl




Najpopularniejsze artykuły

Münchhausen z przeniesieniem

– Pozornie opiekuńcza i kochająca matka opowiada lekarzowi wymyślone objawy choroby swojego dziecka lub fabrykuje nieprawidłowe wyniki jego badań, czasem podaje mu truciznę, głodzi, wywołuje infekcje, a nawet dusi do utraty przytomności. Dla pediatry zespół Münchhausena z przeniesieniem to wyjątkowo trudne wyzwanie – mówi psychiatra prof. Piotr Gałecki, kierownik Kliniki Psychiatrii Dorosłych Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Ciemna strona eteru

Zabrania się sprzedaży eteru etylowego i jego mieszanin – stwierdzał artykuł 3 uchwalonej przez sejm ustawy z dnia 22 czerwca 1923 r. w przedmiocie substancji i przetworów odurzających. Nie bez kozery, gdyż, jak podawały statystyki, aż 80 proc. uczniów szkół narkotyzowało się eterem. Nauczyciele bili na alarm – używanie przez dzieci i młodzież eteru prowadzi do ich otępienia. Lekarze wołali – eteromania to zguba dla organizmu, prowadzi do degradacji umysłowej, zaburzeń neurologicznych, uszkodzenia wątroby. Księża z ambon przestrzegali – eteryzowanie się nie tylko niszczy ciało, ale i duszę, prowadząc do uzależnienia.

Czy Trump ma problemy psychiczne?

Chorobę psychiczną prezydenta USA od prawie roku sugerują psychiatrzy i specjaliści od zdrowia psychicznego w Ameryce. Wnioskują o komisję, która pozwoli zbadać, czy prezydent może pełnić swoją funkcję.

Leki, patenty i przymusowe licencje

W nowych przepisach przygotowanych przez Komisję Europejską zaproponowano wydłużenie monopolu lekom, które odpowiedzą na najpilniejsze potrzeby zdrowotne. Ma to zachęcić firmy farmaceutyczne do ich produkcji. Jednocześnie Komisja proponuje wprowadzenie przymusowego udzielenia licencji innej firmie na produkcję chronionego leku, jeśli posiadacz patentu nie będzie w stanie dostarczyć go w odpowiedniej ilości w sytuacjach kryzysowych.

Astronomiczne rachunki za leczenie w USA

Co roku w USA ponad pół miliona rodzin ogłasza bankructwo z powodu horrendalnie wysokich rachunków za leczenie. Bo np. samo dostarczenie chorego do szpitala może kosztować nawet pół miliona dolarów! Prezentujemy absurdalnie wysokie rachunki, jakie dostają Amerykanie. I to mimo ustawy, która rok temu miała zlikwidować zjawisko szokująco wysokich faktur.

Zmiany skórne po kontakcie z roślinami

W Europie Północnej najczęstszą przyczyną występowania zmian skórnych spowodowanych kontaktem z roślinami jest Primula obconica. Do innych roślin wywołujących odczyny skórne, a występujących na całym świecie, należy rodzina sumaka jadowitego (gatunek Rhus) oraz przedstawiciele rodziny Compositae, w tym głównie chryzantemy, narcyzy i tulipany (...)

Śladem boksera

W czasie zmagań z epidemią ujawniła się z całą mocą niezdolność Ministerstwa Zdrowia do kierowania wielkimi przedsięwzięciami. Ministerstwo nie potrafiło zmobilizować i usprawnić funkcjonowania służb sanitarno-epidemiologicznych.

Wczesny hormonozależny rak piersi – szanse rosną

Wczesny hormonozależny rak piersi u ponad 30% pacjentów daje wznowę nawet po bardzo wielu latach. Na szczęście w kwietniu 2022 roku pojawiły się nowe leki, a więc i nowe możliwości leczenia tego typu nowotworu. Leki te ograniczają ryzyko nawrotu choroby.

Czas pracy osób niepełnosprawnych w szpitalu

Czy niepełnosprawna pielęgniarka lub lekarz mogą pracować w systemie równoważnego czasu pracy i pełnić dyżury medyczne w porze nocnej?

Aplikacje mobilne wyrobem medycznym?

Aplikacje i urządzenia mobilne są coraz szerzej wykorzystywane przez branżę medyczną jako ułatwienie dla pacjentów, ale przede wszystkim wsparcie procesów diagnostycznych i terapeutycznych. W określonych przypadkach takie urządzenia mobilne mogą być zakwalifikowane jako wyroby medyczne, co spowoduje, że będą musiały spełniać szereg wymogów. Za wyrób medyczny może być uznane również samo oprogramowanie, które wprowadzane jest do obrotu samodzielnie, czyli nie jest częścią jakiegokolwiek urządzenia (tzw. stand-alone software).

Ile pracują lekarze w Polsce

Lekarze bez specjalizacji, zwłaszcza młodzi mężczyźni, pracują więcej niż pozostali. Wyniki badań, przeprowadzonych w latach 2016–2017 przez samorząd lekarski nie są specjalnie odkrywcze. A jednak trudno przejść nad nimi do porządku dziennego, zwłaszcza gdy spojrzeć na inne wskaźniki dotyczące kadr medycznych.

Gdy rozum śpi, budzi się bestia

Likantropia (z gr. lýkos – wilk i ánthropos – człowiek) to wiara w zdolność
przekształcania się ludzi w zwierzęta, zwłaszcza w wilki. Etymologię tego
terminu wywodzi się też od króla Arkadii – Likaona, który, jak opisuje
Owidiusz w Metamorfozach, został przemieniony w wilka, gdyż ośmielił się
podać Zeusowi ludzkie mięso – ciało własnego syna.

Mielofibroza choroba o wielu twarzach

Zwykle chorują na nią osoby powyżej 65. roku życia, ale występuje też u trzydziestolatków. Średni czas przeżycia wynosi 5–10 lat, choć niektórzy żyją nawet dwadzieścia. Ale w agresywnej postaci choroby zaledwie 2–3 lata od postawienia rozpoznania.

Osteotomia okołopanewkowa sposobem Ganza zamiast endoprotezy

Dysplazja biodra to najczęstsza wada wrodzona narządu ruchu. W Polsce na sto urodzonych dzieci ma ją czworo. W Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym pod kierownictwem dr. Jarosława Felusia przeprowadzane są operacje, które likwidują ból i kupują pacjentom z tą wadą czas, odsuwając konieczność wymiany stawu biodrowego na endoprotezę.

Wrzodziejące zapalenie jelita grubego – rola lekarza POZ

Powszechnie uważa się, że chorego na wrzodziejące zapalenie jelita grubego (WZJG) leczy gastroenterolog i – okresowo – chirurg. Tymczasem główna rola w tym procesie przypada lekarzowi rodzinnemu.

Niewydolność systemu w niewydolności serca

Rosnąca zapadalność na niewydolność serca w kontekście starzejącego się społeczeństwa sprawia, że walka z tym schorzeniem staje się ogromnym wyzwaniem dla Polski – zarówno społecznym, jak i systemowym.




bot