Służba Zdrowia - strona główna
SZ nr 1–16/2023
z 19 stycznia 2023 r.

Stuknij na okładkę, aby przejść do spisu treści tego wydania


>>> Wyszukiwarka leków refundowanych


Kongres Zdrowia Publicznego 2022

Małgorzata Solecka

W jakiej sytuacji po bez mała trzech latach pandemii znajduje się system ochrony zdrowia w Polsce? Co ze zdrowiem publicznym, poddanym przeciążeniom pandemii COVID-19 oraz skutków wojny w Ukrainie? Czy możliwe jest funkcjonowanie i zarządzanie wrażliwym dobrem, którym jest zdrowie i życie, w warunkach permanentnego kryzysu? Te, i nie tylko te, pytania mocno wybrzmiewały podczas IX Kongresu Zdrowia Publicznego (8–9 grudnia, Warszawa).



Profilaktyka i edukacja zdrowotna, wydatki na zdrowie i ich transparentność, cyfryzacja to priorytety, na które powinni postawić decydenci w obszarze ochrony zdrowia, by uzyskać „dobrą zmianę” w perspektywie dwóch, trzech dekad – wskazywał Zbigniew Jagiełło, menadżer i innowator, w wykładzie inauguracyjnym. W jego ocenie jedyną drogą do budowania zdrowego społeczeństwa jest dalszy rozwój ekonomiczny i bogacenie się Polski jako państwa i Polaków, jako społeczeństwa, bo korelacja między zamożnością (PKB per capita) a poziomem zdrowia społeczeństwa jest bardzo wyraźna.

Jednak poza cyfryzacją, która – choć nie bez przeszkód – cały czas postępuje, pozostałe elementy, wskazane przez byłego prezesa PKO BP, mówiąc bardzo oględnie, przynajmniej na razie nie są wysoko na liście priorytetów rządzących. Być może po części dlatego skoncentrowani są oni przede wszystkim na rozwiązywaniu bieżących problemów i podejmowaniu decyzji w perspektywie miesięcy, a co najwyżej lat, a nie dekad. To częściowo efekt stanu ostrego kryzysu, który rozpoczął się w marcu 2020 roku, a w lutym 2022 roku do komponentu pandemii doszedł jeszcze element wojny za wschodnią granicą. Dla Polski oznacza on jednak zarówno wyzwania, jak i szanse. Jedną z nich jest pozyskanie kadr medycznych.

Lekarze i lekarze dentyści z Ukrainy, korzystając z trybu uproszczonego, złożyli do początku grudnia około pięć tysięcy wniosków o zatrudnienie – mówiła Małgorzata Zadorożna, dyrektor Departamentu Rozwoju Kadr Medycznych Ministerstwa Zdrowia. Dwa tysiące wniosków złożyły z kolei ukraińskie pielęgniarki. Polskie placówki medyczne, jak podkreślała, są bardzo zainteresowane zatrudnianiem personelu medycznego z Ukrainy. – Ministerstwo wydało około trzech tysięcy decyzji, zezwalających na pracę. Rozpatrywanie wniosku zabiera 3–5 miesięcy. – W odczuciu gości z Ukrainy i również w odczuciu kadry zarządzającej podmiotów leczniczych jest to okres długi – przyznała dyrektor Zadorożna, choć podkreślała, że medycy z Ukrainy ten czas powinni wykorzystać na „udział w bezpłatnych kursach językowych i poznanie polskiego systemu ochrony zdrowia”, a pracować w placówkach medycznych mogą tylko na stanowiskach pomocniczych.

To zresztą, jak mówiła z kolei Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED, się dzieje – bo musi. Po pierwsze, w ochronie zdrowia – biorąc pod uwagę, że w Polsce stale przebywa około dwóch milionów wojennych uchodźców, do tego jeszcze trzeba doliczyć około miliona obywateli Ukrainy, którzy przyjechali wcześniej – potrzeba pracowników, którzy posługują się językiem ukraińskim (choć byłoby optymalnie, gdyby posługiwali się również biegle, a co najmniej bardzo dobrze, językiem polskim). Po drugie – brakuje kadr, po prostu. Rozpatrywanie wniosków trwa, zdaniem Rulkiewicz, zbyt długo. – Jako pracodawca złożyliśmy trzydzieści wniosków, otrzymaliśmy trzy decyzje – powiedziała. Niemal drugie tyle wniosków inni lekarze z Ukrainy złożyli indywidualnie, co przyniosło dziewięć decyzji. W sumie, jak mówiła Rulkiewicz, jej firma zatrudnia 220 osób z Ukrainy, z czego 80 proc. stanowi personel medyczny, w lwiej części pracujący w tej chwili na stanowiskach pomocniczych. – Jako organizacja jesteśmy przygotowani do ich właściwego zatrudnienia. Ci ludzie odbywają intensywne szkolenia i kursy języka polskiego. Zależy nam, żeby szybko podjęli pracę, bo bardzo potrzebujemy tych lekarzy. Tym bardziej że w naszych przychodniach leczymy tysiące Ukraińców – przypomniała.

Igor Pańkowski, lekarz z Ukrainy od wielu lat mieszkający w Polsce, kierownik SOR Szpitala MSWiA w Warszawie podkreślał, że lekarze z jego kraju dobrze radzą sobie zawodowo w Polsce – zarówno młodsi, jak i starsi. – Wśród tych lekarzy, którym się udało dostać pracę, nie znam nikogo, kto nie dawałby sobie rady – powiedział. Przyznał jednak, że poważną barierą (na którą uwagę zwracał samorząd lekarski na etapie zmian przepisów liberalizujących zasady zatrudniania w Polsce lekarzy jeszcze jesienią 2020 roku, w związku z pandemią COVID-19) jest znajomość języka. Przepisy pozwalają ministerstwu wydać pozytywną opinię dotyczącą zatrudnienia jedynie na podstawie oświadczenia o znajomości języka, bez konieczności zdawania egzaminu. Izby lekarskie zaś alarmują, że po prawo wykonywania zawodu często zgłaszają się osoby, które nie znają polskiego nawet na poziomie komunikatywnym. Igor Pańkowski podkreślał tymczasem, że do wykonywania pracy niezbędna jest znajomość języka polskiego na poziomie wyższym niż średni. W jego ocenie lekarzom z Ukrainy potrzebny jest również czas na adaptację zawodową. W jego ocenie to kwestia nawyków, zwyczajów zawodowych – i różnice daje się odczuć zwłaszcza w specjalizacjach niezabiegowych.

Zatrudnianie medyków z Ukrainy to ważny, ale niejedyny aspekt kryzysu uchodźczego i jego konsekwencji zarówno dla systemu ochrony zdrowia, jak i zdrowia publicznego w Polsce. Z pewnością wzrosło zapotrzebowanie na świadczenia medyczne. Sama tylko Grupa LUX MED, jak mówiła Anna Rulkiewicz, od lutego wykonała na rzecz uchodźców z Ukrainy niemal 300 tysięcy procedur medycznych, udzielając pomocy zarówno w punktach na granicy polsko-ukraińskiej, jak i w kilku miejscach w Warszawie, w tym przeznaczoną dla uchodźców przychodnię w hotelu Marriott, w której przyjmowanych jest codziennie nawet 150 pacjentów. To, co jednak wybrzmiało już podczas wstępnego panelu, a zostało podjęte mocniej w kolejnym, to duża niepewność dotycząca sytuacji epidemiologicznej populacji uchodźców wojennych. Prof. Jarosław Pinkas, konsultant krajowy w dziedzinie zdrowia publicznego, podkreślał, że Ukraina na wiele lat przed obecną wojną była przedmiotem ataku ukrytej rosyjskiej propagandy, dezawuującej m.in. wysiłki władz w Kijowie w obszarze zdrowia publicznego. Istotnym elementem tej kampanii była dezinformacja w sprawie szczepień ochronnych. – Na długo przed wojną matki ukraińskie przyjeżdżały do Polski kupować szczepionki, bo słyszały, że oferowane w Ukrainie są gorszej jakości albo przechowywane w niewłaściwy sposób – mówił. Niskie zaufanie do szczepień i problemy z organizacją procesu szczepień sprawiły jednak, że poziom zaszczepienia w Ukrainie jest dużo niższy (choć problemem jest nawet precyzyjne określenie, co to dokładnie znaczy), zaś my nie mamy pojęcia, jak duża jest skala niezaszczepionych dzieci i młodzieży z Ukrainy, która w tej chwili przebywa i uczy się w polskich przedszkolach i szkołach.

Czy i jak wojna w Ukrainie i kryzys uchodźczy wpłynęły na epidemiologię, zwłaszcza w obszarze chorób zakaźnych – cały czas jesteśmy przecież w stanie pandemii – i czy istnieją narzędzia, po które moglibyśmy sięgnąć, żeby zmniejszyć ryzyko ich rozprzestrzeniania się?

Takie narzędzia są zasadniczo dwa: szczepienia i testy. Podczas panelu poświęconego wpływowi kryzysu uchodźczego na epidemiologię rozważano między innymi kwestię (jeszcze) większego upowszechnienia stosowania testów, na przykład przeciw COVID-19 i przeciw grypie – choćby na poziomie pracodawców. Prof. Jarosław Pinkas przyznał, że rutynowe wykonywanie takiego testowania w firmach byłoby dobrym, z punktu widzenia zdrowia publicznego, pomysłem. Podkreślał jednocześnie, że już teraz mamy sieć aptek, które co prawda nie wykonują już testów w ramach systemu powszechnego testowania, ale testy są w nich cały czas dostępne i farmaceuci służą swoim klientom radą w tym zakresie.

COVID-19 i grypa nie są jednak jedynymi chorobami zakaźnymi, których rozprzestrzenianie się budzi niepokój. Rok 2022 przyniósł bardzo wyraźny wzrost nowo zdiagnozowanych przypadków HIV. Jednak prof. Alicja Wiercińska-Drapało, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych, Tropikalnych i Hepatologii, Warszawski Uniwersytet Medyczny, podkreślała, że nie należy tego łączyć z kryzysem uchodźczym, ale przede wszystkim z tym, że w czasie pandemii dostęp do diagnostyki HIV/AIDS był utrudniony. Zamknięto punkty diagnostyczne, choć cały czas była możliwość uzyskania testów domowych drogą wysyłkową. Dlatego teraz do lekarzy zgłaszają się pacjenci w późnym stadium choroby. Takim, jakiego już od wielu lat lekarze nie obserwowali, biorąc pod uwagę, że Polska ma jeden z najlepszych na świecie programów leczenia HIV/AIDS. – Od początku epidemii HIV nie widzieliśmy tylu chorych i w takim stanie – przyznała specjalistka.

Czy rozwiązaniem byłoby upowszechnienie self-testów, skoro Polacy, a w każdym razie znacząca ich część, po blisko trzech latach pandemii przyzwyczaili się do samodzielnego testowania? Tu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Jeśli chodzi o HIV, zastrzeżeń wobec takiego rozwiązania eksperci mają wiele, wśród nich dwa wydają się najbardziej znaczące: po pierwsze, testy muszą być przeprowadzane w precyzyjnym czasie, tak by uniknąć zwłaszcza wyniku fałszywie ujemnego, który daje poczucie bezpieczeństwa, co może prowadzić do nieświadomego zakażenia kolejnej osoby (lub osób). Ale ważna, jak podkreślała ekspertka, jest też sfera edukacyjna i wsparcia psychicznego – w punktach konsultacyjnych poradnictwo obejmuje nie tylko wykonanie testu, ale też rozmowę przed nim i po uzyskaniu wyniku, niezależnie od tego, jaki on jest. Tymczasem zwłaszcza w przypadku wyniku pozytywnego (też może być fałszywy!) osoba, która wykonuje test domowy, zostaje z diagnozą, która odbierana jest jako druzgocąca i ostateczna (choć wcześnie wykryty i prawidłowo leczony HIV jest w tej chwili chorobą przewlekłą, nierzutującą na jakość życia i na pewno nie śmiertelną).

Jednak pandemia COVID-19 pokazała, jak przyznała prof. Wiercińska-Drapało, że konieczna przynajmniej jest dyskusja o samodiagnostyce, również w ramach towarzystw naukowych, które do tej pory były sceptyczne lub wręcz takim rozwiązaniom przeciwne. Sama dyskusja nie przesądza, że takie rozwiązanie uzyska szerokie poparcie. Eksperci podczas panelu zwracali uwagę, że choć Polacy masowo kupowali testy covidowe, zwłaszcza po tym, jak państwo wycofało się z powszechnego testowania lub je znacząco ograniczyło, ciągle brakuje pomysłu, w jaki sposób włączyć testy wykonywane prywatnie do systemu sprawozdawczości. Być może takiego rozwiązania w ogóle nie będzie. Jednak COVID-19 czy grypa to jedno, HIV – zupełnie coś innego. W jaki sposób zmotywować osoby, które uzyskały pozytywny wynik testu, do jego niezwłocznego zgłoszenia, gdy wiadomo, że część chorych – również z potencjalnie poważnymi chorobami zakaźnymi – nie zgłasza się do lekarzy w obawie przed „zaistnieniem w systemie”?

Pytań o system było w trakcie tej dyskusji zresztą więcej. Prof. Bolesław Samoliński, kierownik Zakładu Profilaktyki Zagrożeń Środowiskowych, Alergologii i Immunologii WUM podkreślał, że pandemia w praktyce wywróciła problem profilaktyki chorób cywilizacyjnych i wygenerowała gigantyczny problem zaufania do instytucji państwa opiekuńczego, którego jednym z zadań jest dbanie o zdrowie jako o dobro wspólne, dobro publiczne, co oznacza przede wszystkim zapewnienie ładu i porządku w dostępie do systemu opieki zdrowotnej. A także – dostępu do wiedzy o zdrowiu, o zdrowych nawykach. W czasie pandemii wszystkie te zadania państwa się załamały. – System się nie sprawdził – ubolewał ekspert. W podobnym duchu wypowiadał się prof. Przemysław Mitkowski, prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, który podkreślał, że w czasie pandemii nastąpił 17-proc. wzrost zgonów z powodu chorób sercowo-naczyniowych niepowiązanych z COVID-19, zaś teraz – choć jeszcze nie jesteśmy „po pandemii” – konieczne jest podejmowanie takich decyzji, które pozwolą lepiej chronić pacjentów z problemami układu krążenia. Częściowo, jak mówił prof. Mitkowski, one już zapadają (skierowane do podpisania rozporządzenie o refundacji telemonitoringu urządzeń wszczepialnych), na część i pacjenci, i lekarze ciągle czekają (refundacja wszczepialnych rejestratorów zdarzeń).

Gdy na wyzwania związane z pandemią nałożyła się wojna w Ukrainie, problemów przybyło. Prof. Marcin Czech, specjalista epidemiologii, prezes zarządu Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego, podjął temat poziomu zaszczepienia populacji uchodźców przebywających w Polsce. Podkreślał również, że powinniśmy pamiętać nie tylko o niskim – w stosunku do polskiego – poziomie zaszczepienia przed 24 lutego 2022 roku, na który złożyło się wiele przyczyn, ale również o całkowitym tąpnięciu ukraińskiego systemu szczepień po ataku Rosji, bo cała ochrona zdrowia w Ukrainie przestawiła się na tryb wojenny, co zawsze oznacza załamanie zadań związanych z profilaktyką. Tymczasem do Polski, jak podkreślali eksperci, w kolejnych tygodniach i miesiącach mogą zacząć płynąć nowe, choć pewnie nie tak liczne jak na początku konfliktu, fale uchodźców. Choćby dlatego, że po bombardowaniach infrastruktury energetycznej w największych miastach Ukrainy nie ma warunków do życia. Prof. Czech podkreślał, że zarówno szpitale, jak i służby sanitarne po stronie polskiej mają świadomość zagrożeń, dlatego w sposób wyraźny zwiększono nadzór zwłaszcza nad polio, którego przypadków do tej pory (szczęśliwie) nie odnotowano. Były wiceminister zdrowia postawił jednak potężny znak zapytania przy oficjalnej narracji, jakoby w tej chwili praktycznie wszystkie uchodźczynie, rodzące w polskich szpitalach dzieci, zgadzały się na ich zaszczepienie. – W Instytucie Matki i Dziecka, gdzie na pewno nie można podejrzewać, że zabrakło dobrze przeprowadzonej akcji przekonywania, zachęcania do szczepień, na 32 urodzone noworodki pełny cykl szczepień otrzymało 23 – podkreślił.

Prof. Czech zwracał również uwagę, że pandemia wcale nie przełożyła się na wzrost zaufania do nauki, medycyny, szczepień. Przeciwnie – odsetek osób sceptycznych nie tylko nie zmalał, ale wzrósł, przynajmniej wobec niektórych szczepień. – Pandemia nie okazała się szansą dla edukacji w zakresie zdrowia publicznego, jeśli chodzi o choroby zakaźne – mówił. W jego ocenie tym ważniejsze jest doskonalenie narzędzi nadzoru nad szczepieniami. Ogromną szansą tutaj są właśnie doświadczenia i praktyka z czasów pandemii, czyli elektroniczna „karta szczepień” covidowych (a także przeciw grypie). – Tak samo trzeba zorganizować system rejestracji szczepień obowiązkowych, zastąpić papierową kartę szczepień kartą elektroniczną. Będzie to ogromne ułatwienie operacyjne, również dla sanepidu.

Szczepienia były również motywem przewodnim odrębnego panelu „Profilaktyka pierwotna – bezpieczeństwo, stabilność finansowania oraz dostęp do szczepień ochronnych”. Prof. Marcin Czech przypomniał, że choć choroby cywilizacyjne pozostają w centrum zainteresowania zdrowia publicznego – jako główny zabójca w krajach wysoko rozwiniętych – pandemia COVID-19 udowodniła, że absolutnie nie można tracić z pola widzenia chorób zakaźnych. Którym można zapobiegać – lub przynajmniej ograniczać ich najpoważniejsze skutki – przez szczepienia. O ile oczywiście z tych szczepień potrafi się korzystać.

W Polsce zmiany, jak mówił ekspert, idą w dobrym kierunku. W ostatnich latach pojawiły się nowe szczepienia obowiązkowe (pneumokoki, rotawirusy), kolejne szczepienie – przeciw HPV, wyrażał nadzieję prof. Czech, w przyszłym roku „się zrealizuje i rozpędzi” jako element PSO, choć w formule szczepienia zalecanego, z pełnym finansowaniem ze środków publicznych. Przynajmniej w teorii powinny działać rozwiązania refundacyjne szczepienia przeciw grypie, bo duże grupy (seniorzy, kobiety w ciąży) mają refundację stuprocentową. Jednak te mechanizmy nie działają – jak mówił prof. Czech, jest prawdopodobne że ten sezon zakończymy 5-proc. wyszczepialnością, co będzie kompromitujące. Barierą nie są finanse, bo wyszczepialność w grupach z „darmowymi” szczepieniami jest również bardzo niska. – W Wielkiej Brytanii poziom zaszczepienia przeciw grypie wynosi 70 procent – przypominał ekspert.

Prof. Czech ocenił, że z punktu widzenia szczepień ochronnych korzystną zmianą jest przesunięcie ich finansowania do Narodowego Funduszu Zdrowia oraz zapewnienie dodatkowego wsparcia ze strony Funduszu Medycznego. Wyraził nadzieję, że dzięki temu znikną finansowe ograniczenia w podejmowaniu decyzji dotyczących zmian w PSO. Jednak prowadzący debatę Jakub Szulc, były wiceminister zdrowia, przypomniał, że samo przesunięcie finansowania byłoby korzystne, gdyby nie oznaczało jednocześnie zmniejszenia sumy wydatków na zdrowie. – Pieniędzy na szczepienia nie zabraknie, ale nie brakowało ich również do tej pory, nawet jeśli te wydatki musiały być sterowane ręcznie, przez przesunięcia środków w budżecie ministra zdrowia – podkreślił.

W dyskusji bardzo mocno wybrzmiał pogląd, że finanse wcale nie są ani jedynym, ani nawet najważniejszym problemem szczepień ochronnych. Poseł Marek Hok, przewodniczący sejmowej podkomisji stałej ds. zdrowia publicznego jako przykład podawał szczepienia przeciw HPV, których wprowadzenia – jako szczepień powszechnych, a być może nawet obowiązkowych – specjaliści domagają się od wielu lat, a od co najmniej czterech lat to szczepienie jest obiecywane przez rząd. I nadal szczepienie jest tylko w sferze obietnic, bo nie można uznać za realizację zapewnienia 50 proc. refundacji aptecznej, przy ciągle dość wysokiej dopłacie pacjenta. Również decyzje zapadające w sprawie szczepień przeciw grypie raczej przeszkadzają niż pomagają w wypracowywaniu nawyku szczepienia. – W tej chwili mamy milion zachorowań na grypę, 60 proc. z nich to dzieci poniżej 14 roku życia. Zaszczepienie w populacji dziecięcej jest na dramatycznie niskim poziomie – przypominał. Najważniejszym problemem, w jego ocenie, jest brak strategii budowy zaufania do szczepień oraz brak wiedzy na temat poziomu zaszczepienia uchodźców z Ukrainy.

Z tą tezą zgodził się również prof. Czech, który przyznał, że oprócz systematycznej i przemyślanej edukacji, która by motywowała pozytywnie do szczepień, potrzebne są „pewne sankcje ze strony państwa, gdy kalendarz nie jest realizowany mimo braku przeciwwskazań”. – Jeśli jest mały procent zaszczepionych, nie możemy już mówić o kordonie, który chroni przed chorobami zakaźnymi tych, którzy szczepić się nie mogą ze względu, na przykład, na chorobę nowotworową – przypominał.

Michał Morek, dyrektor Działu Opieki Farmaceutycznej Dr.Max Polska mówił z kolei, że doświadczenie pandemii powinno wystarczyć do podejmowania decyzji o maksymalnym – choć oczywiście bezpiecznym dla pacjentów – upraszczaniu procedur związanych ze szczepieniami. Dzięki bliskości do aptecznych punktów szczepień i braku formalności (poza posiadaniem e-skierowania) apteki podały 2,5 miliona dawek szczepionek przeciw COVID-19. – Jeżeli chcemy poprawiać wyszczepialność, trzeba ułatwiać, wychodzić pacjentom naprzeciw – mówił, przypominając, że tegoroczny niski poziom zaszczepienia przeciw grypie jest, prawdopodobnie, wynikiem przywrócenia obowiązku posiadania recepty, czego w ostatnim sezonie nie było.

Zdaniem panelistów kiepskim pomysłem byłoby natomiast wprowadzanie dodatkowego finansowania szczepień w POZ, co niekiedy pojawia się jako pomysł na poprawę poziomu zaszczepienia również w ramach szczepień obowiązkowych. – Profilaktyka, dbanie o zdrowie populacji, o edukację zdrowotną, to podstawowe zadania POZ – podkreślał Marek Hok. Jego zdaniem lepszym pomysłem jest przesunięcie części szczepień (czyli szczepień osób dorosłych) do aptek, tak by odciążyć POZ.

– Fee for service jest mechanizmem motywującym – przyznał prof. Czech, ale zwrócił uwagę, że szczepienia przeciw COVID-19, w których go zastosowano, były przedsięwzięciem bardzo drogim. – Szczepienia i przekonywanie do szczepień to absolutnie jest zadanie lekarzy POZ, z którego zresztą patrząc na poziom wyszczepienia w ramach PSO, znakomicie się wywiązują. Jeśli mielibyśmy wydać dodatkowe pieniądze, to raczej właśnie na finansowanie szczepień w aptekach, bo tam to jest zadanie dodatkowe, które wiąże się np. z koniecznością zatrudnienia nowego pracownika.

Jednym z postulatów, formułowanych przez ekspertów odnośnie do szczepień, jest zastąpienie papierowych dokumentów (karta szczepień, wpisy w książeczkach zdrowia dziecka) e-kartą szczepień. Paweł Kikosicki z Centrum e-Zdrowia zadeklarował, że chciałby, by stało się to „jak najszybciej”. – 1 marca udostępniliśmy już taką funkcjonalność – przypomniał. E-karta szczepień pozwala na odnotowanie w EDM, że pacjent został zaszczepiony, i oczywiście – jaki preparat został użyty. – W tej chwili mamy ok. 770 tysięcy e-kart szczepień, z czego 605 tysiąca to karty „grypowe”. Widzimy, że przed nami bardzo dużo do zrobienia, bo na razie obowiązek wpisywania szczepień do EDM dotyczy tylko szczepień przeciw COVID-19 i przeciw grypie, choć są placówki, które rejestrują wszystkie szczepienia.

Niejako przy okazji dyrektor Kikosicki przyznał, że problem jest szerszy. – Od połowy 2021 roku jest obowiązek wprowadzania do EDM wszystkich zdarzeń medycznych, ale nie ma ku temu ani zachęt, ani sankcji – powiedział. Efekt? Duża część placówek i lekarzy tego po prostu nie robi. To ma się jednak zmienić. Padła zapowiedź, że w przyszłym, a najpóźniej na początku 2024 roku nastąpią zmiany i rozliczanie świadczeń przejdzie na platformę P1 – co będzie oznaczać, że zostanie ujednolicone z raportowaniem. – Wpisanie zdarzenia medycznego będzie nie tylko uzupełnianiem dokumentacji, ale elementem rozliczenia – powiedział Paweł Kikosicki. W tej chwili tak rozliczane są zresztą już m.in. szczepienia przeciw COVID-19, przeciw grypie oraz świadczenia wykonywane w ramach programu Profilaktyka 40 Plus. W połowie przyszłego roku ma zacząć się pilotaż tego rozwiązania w POZ.

Podczas Kongresu Zdrowia Publicznego bardzo mocno wybrzmiewał pogląd, że jeśli chcemy – a chcemy! – rozwiązywać problemy, nie można ograniczać się do jednej ścieżki, lecz trzeba działać kompleksowo. Jeśli mowa o szczepieniach, przykładowo, pomóc może wspomniana elektroniczna karta szczepień, ale również – coraz szerszy i łatwiejszy dostęp do szczepień (dla osób dorosłych), czyli – wzmocnienie roli aptek w tym zakresie. To zaś część opieki farmaceutycznej, która jest od wielu lat, jako postulat czy hasło, odmieniana przez wszystkie przypadki, ale ciągle jest daleka od powszechnego wdrożenia, choć – jak mówiła mgr farm. Anita Jeglińska, kierownik Działu ds. Doskonalenia i Rozwoju Sprzedaży sieci aptek Dr.Max, i po stronie lekarzy, i po stronie farmaceutów jest duża otwartość i gotowość do współpracy i włączenia opieki farmaceutycznej w schemat opieki nad pacjentem.

Prof. Mariusz Gujski, kierownik Zakładu Zdrowia Publicznego WUM podkreślał, że w aptekach pracują tysiące znakomicie wykształconych farmaceutów, którzy ukończyli – jak stwierdził półżartem – studia wręcz trudniejsze niż lekarskie. Tymczasem apteki ciągle są po prostu punktami sprzedaży leków, a w każdym razie tak są, mimo zmian, jakie przyniosła pandemia, postrzegane. – To jest zmarnowany potencjał, bo mamy kilkanaście tysięcy punktów, znajdujących się najbliżej pacjenta jak tylko można – mówił. Atutem jest bliskość i dostępność (apteki są przecież czynne dłużej niż choćby poradnie POZ). – Oczywiście, w aptekach nie pracują wyłącznie farmaceuci, ale najprostsze porady w ramach opieki farmaceutycznej są jak najbardziej możliwe do udzielania również przez techników farmacji.

– Zarówno lekarze, jak i farmaceuci, jako środowisko, mają obawy co do opieki farmaceutycznej. Ale tak naprawdę, gdy mówimy o opiece koordynowanej, farmaceuta jest jej ważnym elementem, jest ważnym elementem zespołu podstawowej opieki zdrowotnej – przyznał Paweł Żuk, prezes zarządu Centrum Medyczno-Diagnostycznego w Siedlcach. Paweł Żuk podkreślał, że lekarze, na przykład, słusznie narzekają na brak czasu i na to, że bardzo dużo tracą go na „zapychaczach” – czynnościach, które mogliby, z powodzeniem, przejąć na siebie inni profesjonaliści medyczni. – Farmaceuci mogą odciążyć lekarzy na przykład przy przeglądach lekowych – mówił. Farmaceuci mogliby również przeprowadzać wstępne wywiady z pacjentami – na temat diety, wypełniania zaleceń lekarskich, na przykład w zakresie przyjmowania leków. – Taki wywiad musi być usystematyzowany według schematu i musi być, przede wszystkim, dostępny dla lekarza, żeby to miało sens – podkreślał. Powinien być więc umieszczany na P1, inne rozwiązania, zdaniem Pawła Żuka, nie będą mieć sensu. Ważnym elementem opieki farmaceutycznej byłoby wzmocnienie przekazu i edukacji profilaktycznej, a także danie farmaceutom możliwości kierowania pacjentów na badania profilaktyczne.

Krzysztof Szponder, prezes zarządu sieci aptek Dr.Max Polska zaznaczył, że na długo przed pandemią i przed tym, jak zaczęto dużo i głośno mówić o opiece farmaceutycznej, pacjenci mieli taką zapewnioną, bo to właśnie do aptek udawali się z mniej poważnymi dolegliwościami, z pytaniami „co na katar u dziecka”, „co na wysypkę” czy na bolące ucho lub podrażnione oko. Pandemia postawiła jedynie kropkę nad i – stało się oczywiste, że apteki powinny mieć swoje sformalizowane miejsce w systemie opieki zdrowotnej, a farmaceuci mogą i powinni działać aktywnie również na polu edukacji zdrowotnej i profilaktyki. – Nie wszyscy farmaceuci chcą w tej chwili prowadzić opiekę farmaceutyczną. Potrzebny jest pewien wysiłek edukacyjny, by ich do tego przekonać – podkreślał.

Przekonać farmaceutów mogłyby również bodźce finansowe, na co zwracała uwagę przewodnicząca senackiej Komisji Zdrowia Beata Małecka-Libera. – Porady udzielane przez farmaceutów powinny być zakontraktowane przez NFZ jako porady profilaktyczne – mówiła. Małecka-Libera nie ukrywała, że jest wręcz zmęczona trwającą od wielu lat – w dużej mierze bezproduktywną – dyskusją. – O opiece farmaceutycznej mówimy od 2016 roku. Tak właśnie jest ze zdrowiem publicznym, profilaktyką, edukacją zdrowotną – ubolewała.

Senator Koalicji Obywatelskiej podkreślała, że opieka farmaceutyczna jest ważna zarówno dla pacjenta, bo ułatwia mu dostęp do podstawowej opieki, jak i z punktu widzenia organizacji systemu, bo farmaceuci mogą częściowo odciążyć lekarzy, a nawet pielęgniarki (na przykład w zakresie szczepień ochronnych). – Z tego punktu widzenia, farmaceuci powinni mieć możliwość wykonywania jak najszerszego wachlarza czynności w sposób możliwie jak najbardziej ułatwiony – mówiła.

Jeśli ułatwień nie będzie, skończy się – jak tłumaczyła – jak w przypadku szczepień przeciw grypie w trwającym sezonie. – Do początków grudnia zaszczepiło się w skali całego kraju niespełna 650 tysięcy osób. To jest dramat, to jest porażka zdrowia publicznego. To jest efekt braku edukacji, ale również wydłużenia ścieżki pacjenta do szczepienia – punktowała Małecka-Libera. – Co z tego, że farmaceuci mogą szczepić bezpłatnie, skoro pacjent musi przyjść z receptą i większość musi zapłacić? (Kilka dni przed KZP senacka Komisja Zdrowia zapoznała się z informacją ministra zdrowia o przebiegu tegorocznych szczepień przeciw grypie i podczas posiedzenia wiceminister zdrowia Waldemar Kraska przyznał, że w resorcie zdrowia trwają prace nad uproszczeniem szczepień, jednak – jak punktowali senatorowie – już we wrześniu eksperci przestrzegali, że przyjęte zasady doprowadzą do zmniejszenia i tak dramatycznie niskiego poziomu wyszczepienia).

Jakie są bariery w rozwoju opieki farmaceutycznej? Krzysztof Szponder zwrócił uwagę, że zgodnie z przepisami apteka nie może informować pacjentów, że w konkretnej placówce wykonuje się przeglądy lekowe. Same przeglądy może wykonywać – ale informacja na ten temat jest traktowana jak reklama i inspekcja farmaceutyczna może nakładać wysokie kary. – My nie chcemy się reklamować. Chcemy edukować pacjentów – mówił.

Opieka farmaceutyczna, by mogła zaistnieć, potrzebuje też inwestycji. Tymczasem brak poczucia stabilności (zmienne wymagania, bardzo wyśrubowane, w stosunku do punktów szczepień, wielu aptekarzy zniechęcały). Z kolei Paweł Żuk ocenił, że wprowadzenie na większą skalę opieki farmaceutycznej oznaczać będzie dla aptek zmianę modelu biznesowego czy też „drużyny” w której się gra na boisku. – W interesie przemysłu farmaceutycznego jest, by pacjenci kupowali w aptece leki – przypomniał. Gdy farmaceuci zajmą się „sprzedażą zdrowia”, można mieć nadzieję, że leków przynajmniej niektórzy pacjenci będą potrzebować mniej.

Niektórzy, bo jest wiele chorób – do takich należy padaczka – w których zapotrzebowanie na dostęp do leków jest stałe. Problem leczenia padaczki w Polsce był jednym z wiodących podczas panelu „Psychiatria i neurologia – wyzwania terapeutyczne i społeczne”.

Prof. Halina Sienkiewicz-Jarosz, dyrektor Instytutu Psychiatrii i Neurologii mówiła, że co roku w Polsce stwierdza się ok. 27 tysięcy nowych przypadków padaczki, a jednym z najpoważniejszych problemów w tej chorobie jest przeciągająca się diagnostyka. Część pacjentów zresztą żyje z padaczką bez diagnozy. – Wpadają w czarną dziurę systemu – przyznała ekspertka. To stwarza duże zagrożenie, bo z oczywistych względów pacjenci z nieleczoną lub źle leczoną padaczką mają kilkukrotnie wyższe ryzyko nagłego zgonu. Z drugiej strony, problemem są również fałszywe diagnozy padaczki, zdarzające się u pacjentów z epizodami utraty przytomności, związanymi z zaburzeniami rytmu serca. – Przyjmowanie leków przeciwpadaczkowych może nasilić problem zdrowotny – ostrzegała prof. Sienkiewicz-Jarosz.

Skupiając się na pacjentach z padaczką, ekspertka przypominała, że ok. 30 proc. z nich nie uzyskuje, zarówno przy mono-, jak i politerapii, pełnej kontroli nad chorobą. Przy padaczce lekoopornej celem może być redukcja liczby napadów i czynionych przez nie szkód.

Czego potrzebują pacjenci z padaczką i prowadzący ich specjaliści? Przede wszystkim – dostępu do nowoczesnych terapii farmakologicznych. Na liście priorytetów jest też rozwój technik operacyjnych oraz diagnostyki przedoperacyjnej. – Tego elementu leczenia padaczki w Polsce po prostu brakuje – powiedziała prof. Sienkiewicz-Jarosz. Diagnostyka ta będzie mogła zaistnieć i się rozwijać, jeśli zostanie właściwie wyceniona, gdyż jest, jak przyznała ekspertka, kosztowna. W jej ocenie dobrze reagujący na leczenie i zdyscyplinowany pacjent nie potrzebuje nawet wizyt u neurologa – może być prowadzony na poziomie podstawowej opieki zdrowotnej. Pacjenci, którzy nie reagują na leczenie – potrzebują dostępności do opieki specjalistycznej, w tym szpitalnej. – Trzeba określić wyraźnie ścieżki pacjentów, tak żeby zoptymalizować opiekę, ale jednocześnie nie przeciążać systemu – tłumaczyła prof. Sienkiewicz-Jarosz.

Dr hab. n. med. Maciej Niewada, farmakoekonomista (WUM) przypominał, że padaczka jest jedną z chorób, w których nie ma jednego, najskuteczniejszego, leku. Stąd olbrzymia potrzeba indywidualizacji terapii. Pojawiają się nowe leki, duża część z nich jest refundowana, ale część – nie. – Ze strony ministerstwa jest dobre rozpoznanie specyfiki choroby. Czas od rejestracji leku do jego refundacji uległ skróceniu, ale to nie znaczy, że jest krótki. Przeciwnie, w padaczce jest względnie długi, gdy weźmie się pod uwagę inne obszary – ocenił.

Inną optykę prezentował wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski. – Jest bardzo wiele leków refundowanych w pierwszej i drugiej linii leczenia. Te leki wchodzą do refundacji coraz szybciej. W tej chwili w procesie refundacji są dwa leki. Jest sugestia, by jeden z nich pojawił się już na najbliższej liście refundacyjnej, choć konieczne jest jeszcze dookreślenie wskazań. W grę wchodzi oczywiście tylko odpłatność ryczałtowa, cena jest zbyt wysoka.

Miłkowski przyznał jednocześnie, że w padaczce lekoopornej trudno jest znaleźć odpowiedni lek, dlatego tak ważne jest, by lekarz miał możliwość wyboru optymalnej terapii.

Oprócz kwestii dostępu do diagnostyki i terapii potężnym problemem pacjentów z padaczką jest stygmatyzacja i wykluczenie społeczne. Dr hab. Anna Staniszewska z Katedry i Zakładu Farmakologii Doświadczalnej i Klinicznej WUM mówiła, że padaczka – na której różne postacie cierpi ok. 1 proc. populacji – jest chorobą społeczną. Tymczasem ciągle pokutują mity – na przykład taki, że jest to choroba psychiczna, lub że jeśli ktoś ma ataki, sam sobie jest winny, bo na pewno wcześniej pił alkohol. – Konieczna jest edukacja społeczna, uczenie z jednej strony empatii i zasad udzielania pierwszej pomocy, ale z drugiej strony również edukacja samych pacjentów, żeby otwarcie mówili o swojej chorobie – podkreślała.

Kolejny temat panelu dotyczył problemu leczenia uzależnienia od nikotyny u osób z chorobami psychicznymi, co można byłoby uznać za problem „niszowy” – byłaby to jednak ogromna pomyłka. Po pierwsze dlatego, że palenie tytoniu jest ciągle w Polsce poważnym problemem zdrowia publicznego, z którym walczymy z bardzo różnymi efektami. Po drugie, zarówno w UE, jak i w Polsce palenie tytoniu jest główną przyczyną chorób nowotworowych i jedną z głównych przyczyn zgonów. Po trzecie, nikotyna to substancja, której stosowanie wiąże się z bardzo wysokim ryzykiem uzależnienia, sięgającym 32 proc. (dla porównania, jak mówił prof. Marcin Wojnar, kierownik Katedry i Kliniki Psychiatrycznej WUM, wskaźnik dla heroiny to 23 proc., kokainy – 17 proc., a alkoholu – 17 proc.). Po czwarte, w związku z tym palenie tytoniu to nałóg, z którym niezwykle trudno się rozstać. I choć dwie trzecie palaczy chce rzucić, jedna trzecia podejmuje próbę – tylko 2–3 proc. rzucających uda się rzeczywiście przestać palić. Po piąte, jak tłumaczył ekspert: – Wskaźniki palenia tytoniu wśród osób z zaburzeniami psychicznymi są bardzo wysokie, a trendy stałe, niezależne od tego, co dzieje się w reszcie populacji. Schizofrenia, choroba dwubiegunowa, uzależnienie od alkoholu czy narkotyków – to tylko niektóre „choroby współistniejące” z uzależnieniem od regularnego palenia.

Prof. Wojnar podkreślał, że wszystkim pacjentom zmagającym się z uzależnieniem od nikotyny powinno być zalecane całkowite zaprzestanie palenia, również osobom z zaburzeniami psychicznymi, ale zwracał uwagę, że priorytetem powinna być redukcja szkód. – Określenie siły biologicznego uzależnienia od nikotyny pomaga w doborze farmakoterapii. Konieczne jest też określenie etapu gotowości do zmiany i zapewnienie wsparcia psychologicznego oraz optymalne łączenie różnych metod działania – mówił.

Lekarze są świadomi, że po upływie roku od podjęcia decyzji o rzuceniu palenia abstynencję zachowuje 3–5 proc. pacjentów. Stąd coraz większa akceptacja i zrozumienie dla poszukiwania rozwiązań skierowanych do tych, którzy nie chcą – lub raczej nie mogą – pozbyć się nałogu. Cel jest prosty – minimalizacja zagrożeń zdrowotnych związanych z paleniem tytoniu, nawet jeśli to ma oznaczać sięganie po nikotynę w innych formach, na przykład w systemach podgrzewania tytoniu, gdzie ilość toksycznych, kancerogennych substancji w porównaniu z tradycyjnymi papierosami jest mniejsza o ponad 90 procent. – Trzy lata temu Polskie Towarzystwo Chorób Cywilizacyjnych zaakceptowało strategię redukcji szkód i zaleca włączenie systemu podgrzewania tytoniu w momencie, gdy zawodzą wszystkie inne metody leczenia uzależnienia – stwierdził prof. Wojnar, dodając, że jest to „istotny element postępowania w przypadkach osób z zaburzeniami psychicznymi, zwłaszcza u tych pacjentów, u których nie ma szans na współpracę”.

Prof. Wojnar podkreślał również jak ważne – w kontekście powszechności zaburzeń psychicznych i rosnącego zapotrzebowania na opiekę i pomoc specjalistów z obszaru zdrowia psychicznego – są zmiany przeprowadzane w psychiatrii. – Mamy ogromny problem z dostępnością do opieki psychiatrycznej. W centrum Warszawy czas oczekiwania na wizytę w poradni zdrowia psychicznego wynosi pięć miesięcy, a pomoc potrzebna jest natychmiast – mówił. Dlatego, w jego ocenie, trzeba reformować psychiatrię i jednocześnie zwiększać na nią nakłady w sposób znaczący – wtedy będzie szansa, że pacjent, zgłaszający się do centrum zdrowia psychicznego, gwarantującego opiekę środowiskową, odpowiednią do swoich potrzeb pomoc otrzyma natychmiast lub przynajmniej – bardzo szybko.

Wiceminister Maciej Miłkowski, odpowiadając na pytanie w sprawie postępów w reformie psychiatrii dorosłych, przyznał, że największym wyzwaniem będzie właśnie znaczące zwiększenie finansowania. – Pilotaż centrów zdrowia psychicznego został przedłużony do końca przyszłego roku. Od 2024 roku cała Polska powinna być już włączona do nowego modelu opieki psychiatrycznej – zapewnił. W jego ocenie widać również ogromny progres w reformowaniu psychiatrii dziecięcej.

Nie da się porównać obecnej sytuacji pacjentów z chorobami rzadkimi z tym, co było jeszcze dziesięć, kilkanaście lat temu – podkreślał podczas panelu „Pacjenci z chorobami rzadkimi wyzwaniem dla systemu ochrony zdrowia” Stanisław Maćkowiak, prezes Federacji Pacjentów Polskich, jednocześnie przyznając, że cały czas w mocy jest w tym kontekście słowo „wyzwanie”, bo możliwości, ciągle niezrealizowanych, poprawienia położenia pacjentów i ich rodzin jest ciągle bardzo dużo.

Choć z wieloletnim opóźnieniem udało się w końcu przyjąć Narodowy Plan dla Chorób Rzadkich, ciągle brakuje aktów wykonawczych – przez co duża część jego zapisów ma nadal wymiar deklaratywny. W dokumencie, co również podkreślił Maćkowiak, nie zostały (choć zgodnie z zaleceniami UE, powinny) ujęte kwestie socjalne.

Nadal, mimo ogromnego wysiłku wkładanego w program badań przesiewowych noworodków (Polska ma drugi w Europie, po Włoszech, co do jakości, taki program), diagnostyka chorych na choroby rzadkie i ultrarzadkie trwa średnio cztery, pięć lat. I ciągle jest to generująca koszty finansowe i absorbująca czas i pacjentów, i kadr medycznych „odyseja”. Powód? Jak wynikało z dalszej części dyskusji, w dużym stopniu – brak informacji, brak rejestrów i brak „spięcia” tego, co system wie o pacjencie i jego problemach zdrowotnych.

Prof. Zbigniew Żuber, specjalista pediatrii i reumatologii dziecięcej, III Oddział Kliniczny Pediatrii, Reumatologii z pododdziałem Alergologii Wojewódzki Specjalistyczny Szpital Dziecięcy im. św. Ludwika w Krakowie, skoncentrował się na problemach pacjentów z zespołem Huntera, czyli mukopolisacharydozą typu II, genetyczną chorobą metaboliczną, wywoływaną zaburzeniami metabolizmu kwaśnych mukopolisacharydów. Jak mówił, 80 proc. pacjentów ma ciężki przebieg tej choroby i ich jedyną szansą jest przyjmowanie leku refundowanego w ramach programu terapeutycznego. – Pacjenci objęci leczeniem dobrze funkcjonują – podkreślał. Takich pacjentów jest dwudziestu kilku, czyli mniej więcej połowa wszystkich chorych z zespołem Huntera. – Jest to mała grupa. Leczenie generuje wysokie koszty, ale lekarze nie są od tego, by dyskutować o cenach leków. Naszą rolą jest niesienie pomocy pacjentom, jeśli tylko jest taka możliwość – podkreślał. – Liczę, że mimo perturbacji nadal będziemy mogli leczyć, bo najgorszym scenariuszem byłoby odebranie leczenia tym, którzy go już otrzymują. Nie jestem sobie w stanie tego nawet wyobrazić – nie krył emocji związanych z informacjami o możliwych zmianach w programie.

Ekspert podkreślał, że chorzy z zespołem Huntera jeszcze niedawno nie dożywali wieku dojrzałego, a w tej chwili w Polsce jest już kilka ośrodków leczących dorosłych. To, podkreślał, jest miara sukcesu programu terapeutycznego, zaś czterech ostatnich pacjentów, którzy pojawili się w programie, zostało zdiagnozowanych przed ukończeniem drugiego roku życia i wczesne leczenie wyhamowało rozwój choroby, a jej objawy znalazły się pod kontrolą.

Pacjenci, jak tłumaczyli specjaliści – nie wiedzą, że cierpią na chorobę rzadką. Zgłaszają się do lekarza, albo częściej do lekarzy, różnych specjalizacji, ze swoimi – różnymi – problemami zdrowotnymi. Gdyby system rejestrował, na przykład, że pacjent w krótkim czasie odwiedza neurologa, nefrologa i kardiologa – powinien automatycznie zasygnalizować, że być może należy prowadzić diagnostykę w kierunku jednej z rzadkich chorób. Takie rozwiązania funkcjonują w innych krajach, w których działają rejestry.

To w oczywisty sposób mogłoby przyspieszyć cały proces, bo w tej chwili – jak mówił prof. Michał Nowicki, specjalista chorób wewnętrznych, nefrologii, hipertensjologii i transplantologii klinicznej, przywołując przykład pacjentów z chorobą Fabry’ego, wiele osób nie ma pojęcia o swojej chorobie – przez wiele lat. – Problemy zdrowotne wywoływane tą chorobą zaczynają się dość wcześnie, a diagnoza często przychodzi w wieku dojrzałym – przyznał. Skutkiem tego jest uszkodzenie wielu kluczowych dla funkcjonowania organizmu narządów, w tym nerek. Podjęte późno leczenie – bo jest ono dostępne, pacjenci z tą chorobą mogą korzystać z trzech leków – wydłuża życie i poprawia jego jakość, ale efekt, jak mówił ekspert, nie jest optymalny. – Nie mamy systemów, narzędzi, które przeszukują ogromne bazy danych. Pacjenci ze swoimi problemami mogą przecież trafiać nie tylko do różnych lekarzy, ale też różnych placówek, tym trudniej zidentyfikować główny problem.

Kwestię zagubienia pacjenta – wraz z jego problemem zdrowotnym – akcentował też prof. Andrzej Deptała, kierownik Zakładu Propedeutyki Onkologicznej WUM. – Na liście chorób rzadkich jest wiele chorób nowotworowych. Problem polega na tym, że nam nie wystarczy rozpoznanie „rak gruczołowy”, bo w obrębie tej podjednostki można znaleźć kilkanaście rodzajów podtypów, które różnią się określonym defektem molekularnym. Każdy z nich ma dopasowane leki celowane – mówił. – Jeśli chodzi o diagnostykę i leczenie chorób onkologicznych i hematoonkologicznych, jest sieć ośrodków i generalnie problemu nie ma, można zrobić to w ramach karty DiLO. Trzeba jednak najpierw znaleźć ten właściwy ośrodek, a tego pacjent bardzo często nie potrafi, nie jest w stanie, zrobić. Być może to częściowo przynajmniej rozwiąże Krajowa Sieć Onkologiczna – wyraził nadzieję.

Jednak podstawowym problemem jest to, że nie istnieje, jak mówił ekspert, ani pierwotna, ani wtórna profilaktyka.– Jeśli na przesiewową kolonoskopię zgłasza się 17 procent pacjentów, którzy zgłosić się powinni, nigdy nie będziemy mieć sukcesów w walce z rakiem jelita grubego – podkreślał prof. Deptała. – Jeśli moglibyśmy leczyć wcześniejsze stadia, operacyjnie, z zastosowaniem radioterapii, koszty byłyby mniejsze.

Polacy niewiele wiedzą na temat profilaktyki zdrowotnej, nie stosują się do zaleceń ekspertów jeśli chodzi o zdrowy tryb życia czy regularne badania. Szwankuje podstawowa, wydawałoby się, wiedza na temat zagrożeń. Czy – i jak – można to zmienić, zastanawiali się uczestnicy panelu „Komunikacja w zdrowiu publicznym – jak skutecznie edukować i motywować do zachowań prozdrowotnych?”

Komunikaty prozdrowotne, kampanie społeczne i edukacyjne okazują się mało trafione lub wręcz – niekiedy – przynoszące odwrotny skutek. Historycznie patrząc, Ministerstwo Zdrowia kilka lat temu ośmieszyło się, firmując kampanię z królicz(n)ą rodziną, a z bliższych przykładów, niechlubnie zapisało się kampaniami piętnującymi nie tyle otyłość, co ludzi zmagających się z chorobą otyłościową (zwłaszcza kampania z końcówki 2018 roku, gdzie na pierwszy plan wybijało się słowo „Żryj”).

Jesienią resort „odpalił” kolejną kampanię, poświęconą szczepieniom. Miał być przełom, nowe podejście do tematu – tyle że tematu, zwyczajnie, nie ma. Kampania jest niewidoczna, a temat szczepień, który był leitmotivem całego 2021 roku, w 2022 roku po prostu zniknął. Specjaliści od komunikacji społecznej zastanawiali się, jak to w ogóle możliwe, że nie wykorzystaliśmy – w sposób instytucjonalny – pandemii, która szeroko otworzyła drzwi do mediów, również społecznościowych, tematom związanym ze zdrowiem publicznym, profilaktyką. – Temat szczepień, który w trakcie pandemii był głośny i mieliśmy bardzo dobry moment, by kontynuować opowiadanie o szczepieniach. A ten temat był i zniknął, nie ma go teraz w przestrzeni – mówił dr Piotr Samel-Kowalik z Zakładu Profilaktyki Zagrożeń Środowiskowych, Alergologii i Immunologii WUM, oceniając, że nie jesteśmy systemowo przygotowani, by reagować w sposób adekwatny do sytuacji.

Na przykład z ostatnich tygodni zwróciła uwagę dr Maria Libura, ekspertka Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego ds. zdrowia, Kierownik Zakładu Dydaktyki i Symulacji Medycznej Collegium Medicum Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, przywołując wypowiedź prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego o „dawaniu w szyję” przez młode kobiety i fatalnych, w ocenie polityka, skutkach tego dla sytuacji demograficznej. Dr Libura podkreśliła, że niezależnie od oceny tej wypowiedzi (która była, jak mówiła, niewłaściwa), dramatycznie brakowało podjęcia tematu, czy też zainspirowania dyskusji – w mediach – na temat poważnego problemu, jakim jest konsumpcja alkoholu, również przez kobiety. A ponieważ komunikacja nie znosi próżni, pustkę wypełnił inny komunikat – jedna z marek jubilerskich wypuściła gadżet z cytatem wypowiedzi Kaczyńskiego. – Najgorsza reakcja. To jest granie w grę, którą producenci napojów alkoholowych prowadzą od lat, starając się sparować swoje produkty ze skojarzeniami takimi jak „relaks”, „bunt”, „wolność”. To przykład jak łatwo można wykorzystać pojawienie się w przestrzeni publicznej ważnego dla zdrowia tematu.

– Nie mamy wypracowanych metod, które pozwolą nam wykorzystać sytuację na korzyść zdrowia publicznego i przygotować się do potencjalnych zdarzeń, które mogą wystąpić. Podobnie jak w komunikacji kryzysowej, jeśli nie jesteśmy przygotowani, to spychamy się sami tylko do reagowania, a nie do działań proaktywnych, które możemy uruchomić, gdy nadarzy się okazja – mówił dr Samel-Kowalik. Nawet jeśli, zwykle długo po właściwym momencie, ktoś się „obudzi” i będzie chciał wrócić do tematu, okazja przepada – bo temat już nie jest w trendach Googla czy Twittera. Nie ma szans na przebicie.

To zresztą osobny temat. Eksperci z zakresu zdrowia publicznego ciągle nie wydają się rozumieć, jak potężnym narzędziem jest Internet. – Na Instagramie wiele się dzieje. Sama staram się prowadzić regularnie swój kanał. Wiele osób pukało się w głowę, że na Instagramie chcę mówić o onkologii. A jednak bardzo dobrze radzą sobie tam ginekolodzy, endokrynolodzy. Mam wrażenie, że też onkolodzy. Uważam, że Instagram jest coraz lepszym miejscem do tego. Sama to obserwuję po swoich odbiorcach, którzy piszą, proszą o pomoc, szukają treści, webinarów, postów w tym obszarze – mówiła Adrianna Sobol, psycholog z WUM, założycielka portalu Zdrowie Zaczyna się w Głowie, autorka kampanii prozdrowotnych.

W ocenie ekspertki niska efektywność oficjalnych kampanii ma swoje źródło w tym, że są one oparte na mechanizmie budzenia strachu. Przykład? Jej zdaniem kampania umieszczania drastycznych obrazków na opakowaniach papierosów, które miały zniechęcić palaczy do nałogu. – Niestety jak pokazują badania, to wywołuje emocje, straszy. Dla palacza, gdy jest zestresowany, nie ma nic prostszego, jak zapalić. U nas działania prozdrowotne zatrzymują się na etapie, w którym za bardzo straszymy, za mało edukujemy – mówiła. Podkreślała również, że takim samym błędem obarczone są kampanie zachęcające do badań profilaktycznych w kierunku nowotworów. – Strach buduje przekonanie, że rak to wyrok, po co więc się badać? Jeśli przekaz brzmi: „badaj się, bo umrzesz”, wiele osób słyszy tylko drugą część zdania.

Na jeszcze inny aspekt zwróciła uwagę dr Maria Libura. – Nowe pokolenia odbiorców podchodzą do tego typu komunikatów w jeszcze inny sposób. W szkole mojej córki był wyścig na to, kto zbierze wszystkie obrazki z paczek papierosów. Kiedy ktoś miał dwa takie same, wymieniano się między sobą. Występuje jeszcze gorsze zjawisko, bo mamy obniżenie wrażliwości na bodziec i z takim pacjentem w przyszłości będzie znacznie trudniej rozmawiać na temat rzucenia palenia czy ryzyka chorób onkologicznych – podkreśliła, zaznaczając przy tym, że decyzja o wprowadzeniu drastycznych zdjęć na opakowania papierosów nie została poprzedzona badaniami.

Badania – czy to poprzedzające kampanie, czy też badania ewaluacyjne – to kolejny duży problem komunikacji prozdrowotnej. Badania, a raczej ich brak. – W komunikacji w zdrowiu publicznym brakuje nam pewnych ram, po których możemy się poruszać. W badaniach medycznych często mamy przeglądy systematyczne, metaanalizy, które w komunikacji w zdrowiu publicznym też się oczywiście pojawiają, ale znacznie częściej w USA czy Wielkiej Brytanii, gdzie wiedza jest oparta na dobudowywaniu kolejnych elementów. W Polsce tego nie ma. Nawet jak dotrzemy do materiału, jakie kampanie były zrealizowane i na kogo nakierowane, brakuje nam oceny efektywności tych działań – mówił dr Piotr Samel-Kowalik.

– Kwestia wykorzystania metod, które stosowane są w marketingu komercyjnym do poprawy skuteczności komunikacji, zdecydowanie ułatwiłaby nam zrozumienie, dlaczego próby, które podejmujemy, są nieskuteczne. Może też warto spojrzeć na to z szerszej perspektywy, bo w pojedynczych działaniach wykonujemy dużo czynności, które wydaje się, że powinny odnieść sukces, ale bywa z tym różnie – przekonywał.

Jednocześnie dr Libura przypominała, że duże kampanie społeczne, konkretnie antytytoniowe, wcale nie stawiają sobie za cel zmniejszenie odsetka palaczy. Celem jest zwiększanie świadomości ryzyk zdrowotnych i szkód spowodowanych paleniem oraz budowanie i zdobycie społecznego zrozumienia lub wręcz akceptacji na przykład dla zakazu palenia w miejscach publicznych. – Do tego, by ktoś faktycznie rzucił palenie, potrzebujemy dobrych programów leczenia uzależnień, a nie ogólnopolskich kampanii – stwierdziła.

Uczestnicy panelu zgodzili się, że w zdrowiu publicznym brakuje – między innymi – umiejętności storytellingu, zachęcającego „sprzedawania” tematów zdrowotnych. – Nie macie mediów? Sami bądźcie mediami – zachęcał uczestników Kongresu Zdrowia Publicznego Sławomir Matczak, przez wiele lat dziennikarz telewizyjny i publicysta, nawiązując do słów Jacka Kuronia: – Nie palcie komitetów, zakładajcie własne.






Najpopularniejsze artykuły

Rzeczpospolita bezzębna

Polski trzylatek statystycznie ma aż trzy zepsute zęby. Sześciolatki mają próchnicę częściej niż ich rówieśnicy w Ugandzie i Wietnamie. Na fotelu dentystycznym ani razu w swoim życiu nie usiadł co dziesiąty siedmiolatek. Statystyki dotyczące starszych napawają grozą: 92 proc. nastolatków i 99 proc. dorosłych ma próchnicę. Przeciętny Polak idzie do dentysty wtedy, gdy nie jest w stanie wytrzymać bólu i jest mu już wszystko jedno, gdzie trafi.

Ciemna strona eteru

Zabrania się sprzedaży eteru etylowego i jego mieszanin – stwierdzał artykuł 3 uchwalonej przez sejm ustawy z dnia 22 czerwca 1923 r. w przedmiocie substancji i przetworów odurzających. Nie bez kozery, gdyż, jak podawały statystyki, aż 80 proc. uczniów szkół narkotyzowało się eterem. Nauczyciele bili na alarm – używanie przez dzieci i młodzież eteru prowadzi do ich otępienia. Lekarze wołali – eteromania to zguba dla organizmu, prowadzi do degradacji umysłowej, zaburzeń neurologicznych, uszkodzenia wątroby. Księża z ambon przestrzegali – eteryzowanie się nie tylko niszczy ciało, ale i duszę, prowadząc do uzależnienia.

Astronomiczne rachunki za leczenie w USA

Co roku w USA ponad pół miliona rodzin ogłasza bankructwo z powodu horrendalnie wysokich rachunków za leczenie. Bo np. samo dostarczenie chorego do szpitala może kosztować nawet pół miliona dolarów! Prezentujemy absurdalnie wysokie rachunki, jakie dostają Amerykanie. I to mimo ustawy, która rok temu miała zlikwidować zjawisko szokująco wysokich faktur.

ZUS zwraca koszty podróży

Osoby wezwane przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych do osobistego stawiennictwa na badanie przez lekarza orzecznika, komisję lekarską, konsultanta ZUS często mają do przebycia wiele kilometrów. Przysługuje im jednak prawo do zwrotu kosztów przejazdu. ZUS zwraca osobie wezwanej na badanie do lekarza orzecznika oraz na komisję lekarską koszty przejazdu z miejsca zamieszkania do miejsca wskazanego w wezwaniu i z powrotem. Podstawę prawną stanowi tu Rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 31 grudnia 2004 r. (...)

Wołanie o profilaktykę

Z dr. n. med. Krzysztofem Walczewskim, ordynatorem oddziału psychiatrii w Szpitalu Klinicznym im. dr. Józefa Babińskiego SP ZOZ w Krakowie i autorem programu profilaktyki depresji w woj. małopolskim „Wyprzedzić smutek” rozmawia Katarzyna Cichosz.

Leki, patenty i przymusowe licencje

W nowych przepisach przygotowanych przez Komisję Europejską zaproponowano wydłużenie monopolu lekom, które odpowiedzą na najpilniejsze potrzeby zdrowotne. Ma to zachęcić firmy farmaceutyczne do ich produkcji. Jednocześnie Komisja proponuje wprowadzenie przymusowego udzielenia licencji innej firmie na produkcję chronionego leku, jeśli posiadacz patentu nie będzie w stanie dostarczyć go w odpowiedniej ilości w sytuacjach kryzysowych.

Reforma systemu psychiatrii zbacza z wyznaczonego kursu

Rozmowa z Markiem Balickim, byłym pełnomocnikiem ministra zdrowia ds. reformy psychiatrii dorosłych i byłym kierownikiem biura ds. pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego na lata 2017–2022, ministrem zdrowia w latach 2003 oraz 2004–2005.

Wczesny hormonozależny rak piersi – szanse rosną

Wczesny hormonozależny rak piersi u ponad 30% pacjentów daje wznowę nawet po bardzo wielu latach. Na szczęście w kwietniu 2022 roku pojawiły się nowe leki, a więc i nowe możliwości leczenia tego typu nowotworu. Leki te ograniczają ryzyko nawrotu choroby.

Kongres Zdrowia Publicznego 2022

W jakiej sytuacji po bez mała trzech latach pandemii znajduje się system ochrony zdrowia w Polsce? Co ze zdrowiem publicznym, poddanym przeciążeniom pandemii COVID-19 oraz skutków wojny w Ukrainie? Czy możliwe jest funkcjonowanie i zarządzanie wrażliwym dobrem, którym jest zdrowie i życie, w warunkach permanentnego kryzysu? Te, i nie tylko te, pytania mocno wybrzmiewały podczas IX Kongresu Zdrowia Publicznego (8–9 grudnia, Warszawa).

50 lat krakowskiej kardiochirurgii dziecięcej

Krakowska kardiochirurgia dziecięca w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie-Prokocimiu zajmuje się leczeniem wrodzonych wad serca u dzieci i młodzieży z całej Polski, a także z zagranicy. Ma na swoim koncie wiele sukcesów. W 2010 r. Klinika została uznana za najlepszą w plebiscycie ośrodków kardiochirurgii dziecięcej i otrzymała dyplom i nagrodę tygodnika „Newsweek” za zajęcie I miejsca w Polsce. W 2013 r. Klinikę Kardiochirurgii Dziecięcej w Krakowie wyróżniono pierwszą lokatą dla najlepszego ośrodka medycznego w kraju i „Złotym Skalpelem” przyznawanym przez redakcję „Pulsu Medycyny”. Powtórnie „Złoty Skalpel” przyznano jej w 2016 r. W tym roku obchodzi jubileusz 50-lecia.

EBN, czyli pielęgniarstwo oparte na faktach

Rozmowa z dr n. o zdrowiu Dorotą Kilańską, kierowniczką Zakładu Pielęgniarstwa Społecznego i Zarządzania w Pielęgniarstwie w UM w Łodzi, dyrektorką Europejskiej Fundacji Badań Naukowych w Pielęgniarstwie (ENRF), ekspertką Komisji Europejskiej, Ministerstwa Zdrowia i WHO.

Rozmawiajmy o bezpieczeństwie lekowym

Nie milkną komentarze po opublikowaniu projektu nowelizacji ustawy refundacyjnej. W różnych aspektach i różnym tonie wypowiadało się na jego temat wiele środowisk. Ostatnio głos zabrały organizacje branżowe, zrzeszające podmioty branży farmaceutycznej.

Problem nie zawsze rozumiany

Z Ewą Jędrys, prezes Fundacji Pomocy Chorym Psychicznie im. Tomasza Deca w Krakowie rozmawia Katarzyna Cichosz.

Leczenie wspomagające w przewlekłym zapaleniu prostaty

Terapia przewlekłego zapalenia stercza zarówno postaci bakteryjnej, jak i niebakteryjnej to duże wyzwanie. Wynika to między innymi ze słabej penetracji antybiotyków do gruczołu krokowego, ale także z faktu utrzymywania się objawów, mimo skutecznego leczenia przeciwbakteryjnego.

Osteotomia okołopanewkowa sposobem Ganza zamiast endoprotezy

Dysplazja biodra to najczęstsza wada wrodzona narządu ruchu. W Polsce na sto urodzonych dzieci ma ją czworo. W Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym pod kierownictwem dr. Jarosława Felusia przeprowadzane są operacje, które likwidują ból i kupują pacjentom z tą wadą czas, odsuwając konieczność wymiany stawu biodrowego na endoprotezę.

Endometrioza – wędrująca kobiecość

Podstępna, przewlekła i nieuleczalna. Taka jest endometrioza. Ta tajemnicza choroba ginekologiczna, badana od przeszło stu lat, nadal pozostaje dla lekarzy niewyjaśniona. Pomimo że występuje u kobiet coraz częściej, wciąż trudno określić mechanizm jej powstawania i rozwoju, a jej następstwa są poważne, prowadzą nawet do bezpłodności.




bot