Służba Zdrowia - strona główna
SZ nr 34–42/2020
z 21 maja 2020 r.

Stuknij na okładkę, aby przejść do spisu treści tego wydania


>>> Wyszukiwarka leków refundowanych


Alfabet pandemii

Małgorzata Solecka

Z epidemią będziemy żyć jeszcze wiele miesięcy, ale to te pierwsze zapamiętamy najlepiej. Od końca lutego koronawirus zawładnął zbiorową wyobraźnią, nawet jeśli na początku nie wszyscy – z ministrem zdrowia na czele – dowierzali, z czym przyjdzie nam się mierzyć. Dziś o koronawirusie wiemy ciągle mało, ale jednak dużo więcej. Dużo też dowiedzieliśmy się sami o sobie, jako o społeczeństwie, państwie, wspólnocie.



Antonow. Na początku nie było niczego. Maseczek, fartuchów, gogli. Potem do produkcji środków ochrony osobistej dla szpitali (i nie tylko) wzięli się dosłownie wszyscy – od krawcowych po studentów politechnik i uniwersytetów. W ruch poszły maszyny do szycia, igły i drukarki 3D. I gdy już niemal oswoiliśmy się z myślą, że chałupniczym sposobem będą również dziergane kombinezony ochronne dla szpitali zakaźnych, okazało się, że rządowe zakupy w Chinach stały się faktem, Polska może liczyć (jak wcześniej choćby Czechy) na swego rodzaju most powietrzny i z Dalekiego Wschodu nadleci to, na co czekały szpitale (domy pomocy społecznej, hospicja… długo by wymieniać). Lądowanie Antonowa, wyładowanego po brzegi środkami ochrony osobistej urosło – głównie za sprawą służb prasowych rządu i mediów rząd wspierających – do rangi doniosłego wydarzenia. Obecność premiera i wicepremiera podczas „uroczystości wyładunku” to bez wątpienia jeden z najbardziej memogennych momentów pandemii. Złośliwi zwracali uwagę, że zarówno Mateusz Morawiecki, jak i Jacek Sasin nie mieli ani rękawiczek, ani maseczek. Jeszcze bardziej złośliwi – że mieć nie mogli, bo dopiero Antonowem przyleciały. Wniosek: przesada nie służy powadze państwa.

Bieganie. I, generalnie, dbanie o kondycję fizyczną. Do annałów przejdą słowa ministra zdrowia, że czas izolacji nie jest czasem dbania o formę. Biegi czy rowerowe wyprawy w czasie pierwszych tygodni izolacji były nie tylko niewskazane, ale wręcz – nielegalne, a policja nie raz i nie dwa wlepiała mandaty niepokornym amatorom budowania tężyzny fizycznej. Czemu miało służyć to zniechęcanie Polaków do ruchu, nie wiadomo. Epidemiolodzy zwracali uwagę, że ryzyko zakażenia w otwartej przestrzeni jest minimalne, zaś kontakt z naturą – na przykład w lesie, na plaży – może być zbawienny (oczywiście, o ile jest to kontakt z naturą, a nie z tłumami rodaków). Immunolodzy zaś punktowali, że aktywność fizyczna jest niezbędnym elementem podnoszenia i tak osłabionej po zimie odporności organizmu – co w sytuacji zagrożenia epidemicznego powinno wręcz mobilizować władze publiczne do ułatwiania jej podejmowania, pod warunkiem redukcji ryzyka zakażenia. Rząd jednak pozostawał głuchy na te argumenty, co udowodnił zamykając – szczęśliwie jedynie na dwa tygodnie – lasy. Wycofanie się z tej decyzji zostało wpisane w pierwszy etap odmrażania gospodarki i pociągnęło za sobą kolejny wysyp memów.

COVID-19. Zaraza XXI wieku, wypełnienie apokaliptycznych wizji. Czynnik, który sprawił, że wielu rzeczy doświadczyliśmy po raz pierwszy. Część komentatorów uważa COVID-19 za szansę dla ludzkości, moment katharsis, pożegnanie z konsumpcjonizmem i neoliberalnym stylem życia. Nawet jeśli tak mogłoby być, na pierwszy plan wysuwają się zagrożenia – spodziewana druga fala epidemii, załamanie gospodarek, bezrobocie, ubóstwo. Biedniejszy świat to również świat mniej zdolny do walki ze zmianami klimatycznymi.

Dystansowanie. Reżim sanitarny i dystansowanie społeczne (część komentatorów zwracała uwagę, że powinniśmy raczej mówić o dystansowaniu fizycznym) to w sytuacji braku leku i braku szczepionki jedyne narzędzia obrony przed patogenem, z jakimi będziemy musieli się oswoić na długie, naprawdę długie miesiące. Tak, trzeba będzie myć ręce dokładnie i często. Tak, trzeba będzie utrzymywać dystans w miejscach publicznych. Jeśli wrócimy do restauracji, kin czy sal koncertowych (bo raczej nie na trybuny boisk), to będziemy się musieli stosować do całkiem nowych zasad. To, czy rzeczywiście je przyjmiemy za swoje, zależy w dużym stopniu od płynących z góry sygnałów. Dzieci najlepiej się uczą, obserwując rodziców, obywatele nie będą przestrzegać zasad, które za nic mają elity. Niestety, w pierwszych miesiącach epidemii nie raz i nie dwa Polacy mogli zauważyć, że te zasady nie są identyczne dla wszystkich, a koronawirus nie taki politykom straszny, jak go malują. To demoralizujące i zachęcające do zachowań nierozsądnych i sprzecznych z interesem publicznym.

Ebola (remdesiwir). Zakażenie koronawirusem zdecydowana większość osób przechodzi bezobjawowo lub skąpoobjawowo. W kilkunastu procentach przypadków choroba daje się bardziej we znaki, w kilku procentach – można powiedzieć „zaledwie w kilku procentach” – potrzebna jest hospitalizacja, w tym intensywna opieka medyczna. Jest paradoksem, że jednym z leków na „banalne przeziębienie” (w niektórych przypadkach kończące się ciężką niewydolnością oddechową), z którym są wiązane największe nadzieje, jest remdesiwir, lek opracowany z myślą o śmiercionośnym wirusie ebola, który – głównie za sprawą produktów kultury masowej – ukształtował myślenie współczesnego człowieka o epidemii. Jeszcze większym paradoksem jest jednak to, że śmiercionośny wirus ebola niósł ze sobą epidemie, których ofiary liczono w setkach, góra – tysiącach osób. Bilans śmiertelnych ofiar koronawirusa do 14 maja to 301 tys. potwierdzonych zgonów. Faktyczna liczba ofiar COVID-19 na świecie z pewnością jest wyższa. Pytanie o ile pozostanie prawdopodobnie bez odpowiedzi.

Fake news. Symptomy COVID-19 są wywoływane przez maszty 5G, koronawirus powstał w tajnym laboratorium (chińskim lub amerykańskim), są już pierwsze ofiary śmiertelne szczepionki przeciw koronawirusowi, szczepienia będą przymusowe (!), koronawirus powstał po to, by uwolnić gospodarki państw rozwiniętych od ciężaru wypłaty emerytur i świadczeń związanych z niezdolnością do pracy, młodzi ludzie nie muszą się obawiać zakażenia. To tylko wierzchołek góry lodowej, bo fałszywych informacji na temat koronawirusa już powstały tysiące i codziennie pojawiają się nowe. Część z nich to wytwór machin propagandowych (swoje, na użytek wewnętrzny i przede wszystkim zewnętrzny tworzyły Rosja i Chiny), duża część powstaje spontanicznie. Najgroźniejsze są te, które odwołują się w jakimś stopniu do wiedzy medycznej. Choćby że przyjmowanie określonych leków przy chorobach przewlekłych zwiększa szansę ciężkiego przebiegu COVID-19.

Gowinowanie. Współczesny odpowiednik hamletyzowania. Być albo nie być w koalicji rządzącej, odbycie lub nieodbycie korespondencyjnych wyborów 10 maja – Jarosław Gowin w ciągu kilku tygodni przeszedł, wydawać by się mogło, dystans dzielący Warszawę od Santiago de Compostela, by 6 maja wieczorem okazało się, że tak naprawdę kręcił się cały czas wokół ulicy Nowogrodzkiej. Opozycja była gotowa oddać mu fotel marszałka sejmu (a nawet, jak się wydaje, premiera), Gowin – szeregowy poseł po złożonej w kwietniu dymisji – postawił na sojusz z innym szeregowym posłem i wspólnie uradzili, bez żadnego trybu, jak zaradzić – używając do tego niezawisłego Sądu Najwyższego – temu, że wyborów w Polsce przeprowadzić się w maju nie da. Mimo że mówiono przez dwa miesiące coś dokładnie odwrotnego, choć ze wszystkich badań opinii publicznej wynikało (i wynika), że Polacy do urn (i do skrzynek pocztowych) w maju udawać się nie zamierzali.

Hejt. Druga strona aplauzu, którym z balkonów i trotuarów, dziedzińców i tarasów społeczeństwa nagradzały pracowników ochrony zdrowia. Oklaski dla medyków wymyślili Włosi, gdy tamtejsze szpitale dosłownie zalewały fale epidemii. Podchwycone w innych krajach – również w Polsce – nie miały już takiej symbolicznej i chwytającej za serce siły. Hejt wobec medyków również nie jest ani polskim wynalazkiem, ani polską specjalnością – choć każdy przypadek, bez wątpienia, dla adresatów jest bolesny, a dla wszystkich powinien być niezrozumiały i godny potępienia. „Nie wpuścimy panią na klatkę”, „proszę się wyprowadzić”, „proszę nie roznosić zarazy”, „pracowników medycznych prosimy o powstrzymanie się od zakupów” – za chłodną i pozorowaną uprzejmością kryją się potężne emocje, bo kolejnym etapem bywa dewastacja drzwi do mieszkania czy samochodu. – Strach i ignorancja – podsumowują przedstawiciele środowiska medycznego. I brak instynktu samozachowawczego, bo przecież każdy może prędzej czy później potrzebować lekarza, pielęgniarki, ratownika.

Izolatorium. Miejsce odosobnienia zamiast szpitala (w przypadku chorych i zdrowiejących) bądź kwarantanny (jeśli zachodzą okoliczności uniemożliwiające lub utrudniające odbycie jej w warunkach domowych). Izolatoria, finansowane przez NFZ, mogły stać się szansą dla niektórych obiektów wypoczynkowych (i faktycznie, zdarzały się hotele, które same zgłaszały gotowość do przekształcenia w taki obiekt) zamkniętych do początku maja. Jednak nie wszyscy dostrzegli w tym szansę – w Krynicy-Zdroju, gdzie wojewoda chciał utworzyć kilka izolatoriów w opustoszałych sanatoriach, stanowczo zaprotestowali mieszkańcy (i władze miasta), obawiając się „łatki” zagrożenia epidemicznego, związanego z pobytem pacjentów COVID-owych. Wojewoda ostatecznie swoje plany musiał zmodyfikować, a sanatoria zastrzyku gotówki nie otrzymały – a w każdym razie nie w takiej ilości, jak mogły.

Jednoimienny. Szpital. Synonim krainy, jeśli nie mlekiem i miodem, to maseczkami i goglami płynącej, przynajmniej w pierwszych miesiącach epidemii. To tam Ministerstwo Zdrowia kierowało w marcu niewielkie zapasy środków ochrony indywidualnej – mimo że zdecydowana większość szpitali jednoimiennych praktycznie stała pusta, zabezpieczając się przed kontaktem z potencjalnie zakażonymi pacjentami w sposób najprostszy – komunikatem o przyjmowaniu wyłącznie pacjentów z potwierdzonym pozytywnym wynikiem (a ponieważ laboratoriów w tym czasie mieliśmy tyle, co kot napłakał, pacjenci na wyniki czekali w zwykłych szpitalach, przede wszystkim na oddziałach zakaźnych, choć nie tylko). Szpitale jednoimienne dostały też specjalny strumień pieniędzy za gotowość oraz wyraźnie lepsze finansowanie hospitalizowanych pacjentów. Za sukces – największy – można uznać fakt, że po ponad dwóch miesiącach od potwierdzenia pierwszego przypadku zakażenia obłożenie szpitali jednoimiennych nie przekroczyło 20 procent. Biorąc pod uwagę wszystkie różnice (część z nich o dużym ciężarze gatunkowym), Polsce udało się to samo, co Niemcom: COVID-19 nie doprowadził do zawału systemu opieki zdrowotnej.

Kolejki na SOR. Jeden z cudów pandemii – zniknięcie kolejek w szpitalnych oddziałach ratunkowych. Obłożenie SOR-ów i izb przyjęć zmniejszyło się, według szacunków lekarzy, nawet o 80 procent. Koronawirus skuteczniej przekazał to, o czym lekarze i eksperci próbowali przekonywać od lat: z błahymi problemami zdrowotnymi oraz z takimi, które rozwiązać można w innych miejscach systemu, do szpitalnego oddziału ratunkowego zgłaszać się nie należy. Niestety, do szpitali po ratunek przestali się również zgłaszać ci, którzy bezwzględnie robić to powinni.

Lockdown. Polska zamknęła niemal wszystko, gdy liczba potwierdzonych przypadków nie sięgała setki – gdyby wziąć pod uwagę wskaźnik zakażonych na liczbę mieszkańców, bez wątpienia najwcześniej w Europie. Decyzja jak najbardziej uzasadniona – nikt rozsądny nie odważyłby się na stress test polskiego systemu ochrony zdrowia – jednak obarczona poważnymi skutkami ubocznymi. Odmrażanie gospodarki i życia społecznego – pod koniec kwietnia widać już było wyraźnie zmęczenie i demobilizację dużej części społeczeństwa – nastąpiło na fali wznoszącej epidemii. Wznoszącej się powoli, wręcz niezauważalnie, ale jednak wznoszącej. Polska, w przeciwieństwie do zdecydowanej większości krajów europejskich, na początku maja została przez ECDC uznana za państwo, w którym epidemia pozostaje w fazie rozwojowej. I, wbrew temu co stwierdził wiceminister Waldemar Kraska, taka ocena nie jest wynikiem zazdrości, zżerającej „zachodnie kraje” z powodu świetnych statystyk naszego kraju w obszarze koronawirusa. Diagnozę o rozwoju epidemii w Polsce potwierdzają słowa ministra zdrowia, który powtarza, że epidemia nie jest w fazie schyłkowej, a szczyt zachorowań udaje się nam jedynie przesunąć… być może do jesieni. To oznacza scenariusz pełzającej epidemii, stawiający nas w gorszym położeniu od krajów, którym wirusa udało się opanować (choć oczywiście o niebo lepszym niż tych, w których pierwsza fala wybuchła, zmiatając systemy ochrony zdrowia z dziesiątkami tysięcy ofiar).

Łukasz Szumowski. Minister, który się wirusowi nie kłaniał. W ciągu trzech miesięcy z polityka trzeciego rzędu (przeciętna rozpoznawalność, przeciętne miejsca w rankingach zaufania) awansował na niekwestionowanego lidera, wyprzedzając na początku kwietnia w zestawieniu polityków, którym Polacy ufają, prezydenta Andrzeja Dudę. Jednym z symboli pierwszej fali epidemii bez wątpienia będą podkrążone oczy i zmęczona twarz Łukasza Szumowskiego. Im dłużej trwa epidemia, tym wyniki ministra słabsze – co pokazuje ranking majowy, w którym skokowo – o 20 punktów procentowych – wzrósł odsetek tych, którzy Szumowskiemu nie ufają. Na ile to „zasługa” przypuszczającej ataki opozycji, a na ile błędów samego ministra, który coraz częściej przyznaje się do niepewności i obaw. Na przykład związanych z ewidentnym obniżeniem poziomu obaw przed koronawirusem w społeczeństwie, co najwyraźniej widać po tym, jak Polacy noszą… maseczki. Miały nie chronić osób zdrowych przed niczym i być wytworem dalekowschodnich uwarunkowań społeczno-kulturowych (Łukasz Szumowski, 26 lutego, rozmowa w RMF FM), stały się obowiązkową częścią ubioru, być może nawet na najbliższe kilkanaście miesięcy. Stosunek Polaków do maseczek, a raczej do obowiązkowego zakrywania nosa i ust, jest jednak umiarkowanie sceptyczny. Większość z nas wzięła sobie do serca lutową wypowiedź ministra zdrowia i zapamiętała, że „przed niczym nie chronią” i nakaz, którego w dodatku najwyraźniej nikt nie zamierza egzekwować, lekce sobie waży, nosząc maseczki pod brodą, a już na pewno pod nosem. Jak tu jeść lody, pić wodę, palić papierosa, rozmawiać przez komórkę lub z osobą idącą obok, mając prawidłowo założoną maseczkę. No nie da się. Gdy chodzi o maseczki, Ministerstwo Zdrowia ponosi spektakularną porażkę, a na domiar złego okazuje się (badania Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej), że bardziej skłonne do respektowania nakazu (tego i innych związanych z epidemią) są osoby krytyczne wobec obecnej władzy, prezentujące poglądy lewicowe lub centrowe, z wyższym wykształceniem. Czyli, w skrócie, gorszy sort.

Nakaz pracy. Dostarczany przez policję pracownikom medycznym, przede wszystkim lekarzom i pielęgniarkom, niemal od początku epidemii w formie decyzji wojewody. Nieprecyzyjne przepisy to generator stresu i negatywnych emocji – jak na Mazowszu, gdzie wojewoda Konstanty Radziwiłł wsławił się wysyłaniem decyzji, kierujących do pracy przy zwalczaniu epidemii, do osób wyłączonych z mocy ustawy (brak przepisów i modus operandi sprawdzania, kto do pracy przy epidemii może być skierowany, a kto nie powinien). Osoby odwołujące się Radziwiłł karał finansowo – choć trzeba przyznać, że finalnie uchylił swoje błędne decyzje, również te o karach finansowych (po czym wysłał kolejne nakazy również do osób wyłączonych z mocy ustawy do pracy w szpitalu w Sokołowie Podlaskim, co już trudno tłumaczyć zamieszaniem związanym z pierwszymi tygodniami nowej, epidemicznej rzeczywistości). Warto zauważyć, że w części województw współpraca na linii zawodów medycznych z wojewodami układa się o wiele lepiej niż na Mazowszu… i raczej trudno mówić tu o przypadku.

Ozdrowieńcy. Słowo wytrych sukcesu, choć raczej chodzi nie o ozdrowieńców, czyli tych, u których ustąpiły objawy choroby, ale o osoby, które wyzdrowiały – czyli pozbyły się wirusa. Przyrost liczby wyzdrowiałych, szybszy niż liczba nowych potwierdzonych przypadków koronawirusa, miała świadczyć, zdaniem przedstawicieli rządu, że epidemia w Polsce jest w fazie schyłkowej, a przynajmniej – pod kontrolą. Szybki przyrost liczby osób, które pozbyły się wirusa jest oczywiście niezwykle optymistyczną informacją, jednak nijak się ma do krzywej zachorowań, która jest podstawowym wyznacznikiem etapu epidemii. Wypłaszczenie krzywej (niewątpliwy i niekwestionowany sukces, który byłby jeszcze większy, gdyby Polska wykonywała porównywalną z innymi krajami Europy, w tym naszymi niemal wszystkim sąsiadami, liczbę testów w przeliczeniu na milion mieszkańców) nie oznacza końca epidemii i nawet niekoniecznie musi znaczyć, że mamy ją zupełnie pod kontrolą, o czym w pierwszym tygodniu maja zaświadczył gwałtowny wzrost zachorowań na Śląsku. Związany z brakiem lockdownu w kopalniach i przede wszystkim z tym, że w regionie o wyższym niż Mazowsze stopniu urbanizacji wykonywanych było – jeszcze na początku maja – cztery razy mniej testów niż na Mazowszu.

Pocztowe wybory. Miały się odbyć w maju, odbędą się w innym terminie. Miał je przeprowadzić Jacek Sasin, minister aktywów państwowych, ale nie przeprowadzi – co ustaliło dwóch prezesów koalicyjnych partii, posłów niepełniących żadnych państwowych funkcji (poza mandatem poselskim), Jarosław Gowin i Jarosław Kaczyński (w kolejności alfabetycznej). – Partia wszystkim, państwo niczym – podsumował jeden z kandydatów w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego, komentując wynik głosowania, w którym sejm (głosami wstrzymujących się od głosu posłów Porozumienia) odrzucił weto senatu do ustawy o wyborach pocztowych. Ma ona zostać szybko znowelizowana w kierunku wyborów hybrydowych, stacjonarnych i korespondencyjnych, z przywróceniem roli Państwowej Komisji Wyborczej jako organu przeprowadzającego wybory (w miejsce Poczty Polskiej).

R – wskaźnik reprodukcji wirusa. – Mamy nadzieję zbliżyć się do jedności – mówił po długim weekendzie rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz, i nie chodziło o jedność narodową, a o wartość R na poziomie 1. Jej osiągnięcie też nie jest celem samym w sobie – oznaczałoby bowiem, w dłuższej perspektywie, powielanie liczby nowych zakażonych. Dopiero zejście poniżej – wzorem Austrii (0,42), Szwajcarii (0,68) czy nawet Czech (0,98) – jest sygnałem zapanowania nad epidemią i jej systematycznego zduszania. Odmrażanie gospodarki i luzowanie rygorów epidemicznych ze wskaźnikiem powyżej 1 (na początku maja – według różnych ekspertyz – utrzymującego się na poziomie 1,1–1,2) oznacza duże ryzyko odbicia i wzrostu nowych przypadków zakażenia. Jednak rząd musi brać pod uwagę realia ekonomiczne i nie tyle grożącą recesję, bo ta w 2020 roku jest już przesądzona, co rozmiary gospodarczego tąpnięcia. To szacowane jest na 3–5 proc. PKB. Komisja Europejska przewiduje, że gospodarka Polski skurczy się o 4,5 proc., co i tak oznacza, że w porównaniu z resztą UE możemy mówić o niedużym spadku.

Szczepionka. Święty Graal rządów i społeczeństw, a przynajmniej dużej ich części (z wyłączeniem tych, którzy snują teorie spiskowe i z góry zapowiadają bojkot szczepionki). Dopóki nie będzie szczepionki, albo skutecznego lekarstwa na COVID-19 (albo, najlepiej, jednego i drugiego), jesteśmy skazani na „nową normalność”, która do normalności ma się tak jak demokracja ludowa do demokracji. Czyli – nijak. Już w kwietniu przewodnicząca Komisji Europejskiej zapowiadała zwołanie konferencji darczyńców, którzy swoimi donacjami zagwarantowaliby fundusze na powstanie dostępnej dla całej ludzkości szczepionki. Cel był ambitny – 7,5 mld euro. Udało się zebrać w ciągu konferencji on-line niemal 100 proc. kwoty, a hojność niektórych państw – liderem jest Norwegia, która zadeklarowała miliard dolarów – robi kolosalne wrażenie. Takiego wrażenia nie zrobiła jednak Polska. Z 750 tysiącami euro uplasowaliśmy się na szarym końcu listy sponsorów, stawiając pod potężnym znakiem zapytania naszą gotowość do ponoszenia solidarnych wysiłków w ramach społeczności międzynarodowej. Marnym pocieszeniem jest fakt, że wielkim nieobecnym są Stany Zjednoczone, które po prostu zignorowały zaproszenie do wspólnego działania.

Testy. Dlaczego, skoro przepustowość laboratoriów to 25 tysięcy testów na dobę (stan na 6 maja), robimy ich 15 tysięcy lub mniej? Ministerstwo Zdrowia nie wie, a minister mówi, że nie ma żadnych analiz, które by wyjaśniały to (niepokojące go) zjawisko. Gdyby chociaż resort zdrowia nie widział problemu w tym, że Polska wyraźnie odstaje nie tylko od Niemiec, ale od Czech, Słowacji i Litwy pod względem liczby testów. Ale widzi – i się martwi, wystosowując (już od początku kwietnia) cykliczne apele do lekarzy, by zlecali większą liczbę testów. Od czasu do czasu jedynie na jaw wychodzą „kwiatki” w postaci informacji lokalnych sanepidów, informujących a to o braku izolatorów, a to o ograniczeniu godzin pracy laboratoriów WSSE (w części województw stanowią one trzon koronawirusowej diagnostyki). Od czasu do czasu (a w dobie epidemii czas gra rolę niezwykle istotną) okazuje się, że brakuje koordynacji i najzwyczajniej – logiki w logistyce.

Urlopy. Wakacji w tym roku nie będzie – ogłosił już w kwietniu minister zdrowia, wprawiając w przerażenie całą branżę turystyczną. Jednak na dobrą sprawę ciągle nie wiadomo, co będzie, a czego nie będzie. Nie będzie, raczej na pewno, wakacyjnych wojaży poza Unię Europejską, biura podróży kierunki pozaeuropejskie skreślają. W ramach UE też z pewnością nie wszystkie kraje się otworzą – pod znakiem zapytania stoją na przykład Hiszpania czy Włochy, zwłaszcza Włochy. Gości od 1 lipca chce witać Grecja – jeden z krajów, które (przynajmniej do tej pory) z epidemią radziły sobie nadspodziewanie dobrze. O otwarciu plaż dla zagranicznych turystów myślą też Portugalia i Chorwacja. Jednak decyzje w tej sprawie będą zapadać na szczeblu UE, a część krajów (w tym Niemcy) bardzo zachowawczo podchodzi do ewentualnych wakacji w krajach południowej Europy. Wydaje się, że polski rząd ma w tej sprawie zbliżone stanowisko do Berlina i chciałby zachęcać Polaków do odkrywania piękna ojczystej ziemi. W imię bezpieczeństwa zdrowotnego oraz – co nie mniej ważne – ratowania rodzimych miejsc pracy. Będą to jednak, jak można wyczytać między wierszami, raczej wyjazdy indywidualne. Kolonie i obozy – nie w tym roku.

Wuhan. Przed styczniem 2020 w Polsce mało kto wiedział o istnieniu tej metropolii. W kwietniu moment otwarcia Wuhan po czteromiesięcznej blokadzie transmitowały główne wydania programów informacyjnych na całym świecie.

Zgony. Czterech na dziesięciu Polaków uważa, że rząd manipuluje liczbą śmiertelnych ofiar COVID-19, informując opinię publiczną o mniejszej niż rzeczywista liczbie zgonów. – Musiałbym mieć niesamowicie rozbudowaną siatkę agentów – odpowiada minister zdrowia. Czy rzeczywiście Polska „zataja” część zgonów z powodu koronawirusa? Niewątpliwie mamy problem z jakością raportowania przyczyn zgonów, ale nie jesteśmy w tym odosobnieni. Problem z danymi na temat śmiertelności koronawirusa ma w zasadzie cały świat. Przykładem może być Belgia, gdzie wskaźnik śmiertelności w przeliczeniu na milion mieszkańców jest nawet wyższy niż we Włoszech, przy dużo niższej liczbie zakażonych. Dlaczego? Belgowie wyszli z założenia, że jako zgon z powodu COVID-19 będą raportować każdy niewyjaśniony w inny sposób zgon w domach opieki. Tym samym, najprawdopodobniej, liczba zgonów z powodu koronawirusa w Belgii jest zawyżona. To raczej wyjątek. W Hiszpanii i Francji lekarze otwarcie przyznają, że liczba koronawirusa jest większa, niż podają oficjalne statystyki. Również dlatego, że w marcu, w apogeum epidemii, brakowało testów dla żywych. Nie było żadnej możliwości wykonywania ich post mortem.




Najpopularniejsze artykuły

Ciemna strona eteru

Zabrania się sprzedaży eteru etylowego i jego mieszanin – stwierdzał artykuł 3 uchwalonej przez sejm ustawy z dnia 22 czerwca 1923 r. w przedmiocie substancji i przetworów odurzających. Nie bez kozery, gdyż, jak podawały statystyki, aż 80 proc. uczniów szkół narkotyzowało się eterem. Nauczyciele bili na alarm – używanie przez dzieci i młodzież eteru prowadzi do ich otępienia. Lekarze wołali – eteromania to zguba dla organizmu, prowadzi do degradacji umysłowej, zaburzeń neurologicznych, uszkodzenia wątroby. Księża z ambon przestrzegali – eteryzowanie się nie tylko niszczy ciało, ale i duszę, prowadząc do uzależnienia.

Rzeczpospolita bezzębna

Polski trzylatek statystycznie ma aż trzy zepsute zęby. Sześciolatki mają próchnicę częściej niż ich rówieśnicy w Ugandzie i Wietnamie. Na fotelu dentystycznym ani razu w swoim życiu nie usiadł co dziesiąty siedmiolatek. Statystyki dotyczące starszych napawają grozą: 92 proc. nastolatków i 99 proc. dorosłych ma próchnicę. Przeciętny Polak idzie do dentysty wtedy, gdy nie jest w stanie wytrzymać bólu i jest mu już wszystko jedno, gdzie trafi.

Astronomiczne rachunki za leczenie w USA

Co roku w USA ponad pół miliona rodzin ogłasza bankructwo z powodu horrendalnie wysokich rachunków za leczenie. Bo np. samo dostarczenie chorego do szpitala może kosztować nawet pół miliona dolarów! Prezentujemy absurdalnie wysokie rachunki, jakie dostają Amerykanie. I to mimo ustawy, która rok temu miała zlikwidować zjawisko szokująco wysokich faktur.

ZUS zwraca koszty podróży

Osoby wezwane przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych do osobistego stawiennictwa na badanie przez lekarza orzecznika, komisję lekarską, konsultanta ZUS często mają do przebycia wiele kilometrów. Przysługuje im jednak prawo do zwrotu kosztów przejazdu. ZUS zwraca osobie wezwanej na badanie do lekarza orzecznika oraz na komisję lekarską koszty przejazdu z miejsca zamieszkania do miejsca wskazanego w wezwaniu i z powrotem. Podstawę prawną stanowi tu Rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 31 grudnia 2004 r. (...)

Wołanie o profilaktykę

Z dr. n. med. Krzysztofem Walczewskim, ordynatorem oddziału psychiatrii w Szpitalu Klinicznym im. dr. Józefa Babińskiego SP ZOZ w Krakowie i autorem programu profilaktyki depresji w woj. małopolskim „Wyprzedzić smutek” rozmawia Katarzyna Cichosz.

50 lat krakowskiej kardiochirurgii dziecięcej

Krakowska kardiochirurgia dziecięca w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie-Prokocimiu zajmuje się leczeniem wrodzonych wad serca u dzieci i młodzieży z całej Polski, a także z zagranicy. Ma na swoim koncie wiele sukcesów. W 2010 r. Klinika została uznana za najlepszą w plebiscycie ośrodków kardiochirurgii dziecięcej i otrzymała dyplom i nagrodę tygodnika „Newsweek” za zajęcie I miejsca w Polsce. W 2013 r. Klinikę Kardiochirurgii Dziecięcej w Krakowie wyróżniono pierwszą lokatą dla najlepszego ośrodka medycznego w kraju i „Złotym Skalpelem” przyznawanym przez redakcję „Pulsu Medycyny”. Powtórnie „Złoty Skalpel” przyznano jej w 2016 r. W tym roku obchodzi jubileusz 50-lecia.

Leczenie wspomagające w przewlekłym zapaleniu prostaty

Terapia przewlekłego zapalenia stercza zarówno postaci bakteryjnej, jak i niebakteryjnej to duże wyzwanie. Wynika to między innymi ze słabej penetracji antybiotyków do gruczołu krokowego, ale także z faktu utrzymywania się objawów, mimo skutecznego leczenia przeciwbakteryjnego.

Protonoterapia. Niekończąca się opowieść

Ośrodek protonoterapii w krakowskich Bronowicach kończy w tym roku pięć lat. To ważny moment, bo o leczenie w Krakowie będzie pacjentom łatwiej. To dobra wiadomość. Zła jest taka, że ułatwienia dotyczą tych, którzy mogą za terapię zapłacić.

Leki, patenty i przymusowe licencje

W nowych przepisach przygotowanych przez Komisję Europejską zaproponowano wydłużenie monopolu lekom, które odpowiedzą na najpilniejsze potrzeby zdrowotne. Ma to zachęcić firmy farmaceutyczne do ich produkcji. Jednocześnie Komisja proponuje wprowadzenie przymusowego udzielenia licencji innej firmie na produkcję chronionego leku, jeśli posiadacz patentu nie będzie w stanie dostarczyć go w odpowiedniej ilości w sytuacjach kryzysowych.

EBN, czyli pielęgniarstwo oparte na faktach

Rozmowa z dr n. o zdrowiu Dorotą Kilańską, kierowniczką Zakładu Pielęgniarstwa Społecznego i Zarządzania w Pielęgniarstwie w UM w Łodzi, dyrektorką Europejskiej Fundacji Badań Naukowych w Pielęgniarstwie (ENRF), ekspertką Komisji Europejskiej, Ministerstwa Zdrowia i WHO.

Różne oblicza zakrzepicy

Choroba zakrzepowo-zatorowa, potocznie nazywana zakrzepicą to bardzo demokratyczne schorzenie. Nie omija nikogo. Z jej powodu cierpią politycy, sportowcy, aktorzy, prawnicy. Przyjmuje się, że zakrzepica jest trzecią najbardziej rozpowszechnioną chorobą układu krążenia.

Reforma systemu psychiatrii zbacza z wyznaczonego kursu

Rozmowa z Markiem Balickim, byłym pełnomocnikiem ministra zdrowia ds. reformy psychiatrii dorosłych i byłym kierownikiem biura ds. pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego na lata 2017–2022, ministrem zdrowia w latach 2003 oraz 2004–2005.

Problem nie zawsze rozumiany

Z Ewą Jędrys, prezes Fundacji Pomocy Chorym Psychicznie im. Tomasza Deca w Krakowie rozmawia Katarzyna Cichosz.

Gdy rozum śpi, budzi się bestia

Likantropia (z gr. lýkos – wilk i ánthropos – człowiek) to wiara w zdolność
przekształcania się ludzi w zwierzęta, zwłaszcza w wilki. Etymologię tego
terminu wywodzi się też od króla Arkadii – Likaona, który, jak opisuje
Owidiusz w Metamorfozach, został przemieniony w wilka, gdyż ośmielił się
podać Zeusowi ludzkie mięso – ciało własnego syna.

Endometrioza – wędrująca kobiecość

Podstępna, przewlekła i nieuleczalna. Taka jest endometrioza. Ta tajemnicza choroba ginekologiczna, badana od przeszło stu lat, nadal pozostaje dla lekarzy niewyjaśniona. Pomimo że występuje u kobiet coraz częściej, wciąż trudno określić mechanizm jej powstawania i rozwoju, a jej następstwa są poważne, prowadzą nawet do bezpłodności.

Edukacja zdrowotna w polskiej szkole

Edukacja zdrowotna ma trafić do szkół. Aby faktycznie zapobiegać chorobom, powinna spełniać szereg warunków, inaczej będzie tylko pozornym ruchem.




bot