Służba Zdrowia - strona główna
SZ nr 59–62/2005
z 15 sierpnia 2005 r.

Stuknij na okładkę, aby przejść do spisu treści tego wydania


>>> Wyszukiwarka leków refundowanych


Odbicie Jana Narożniaka

Tomasz Sienkiewicz

Parę dni minęło
- wie już Polska cała -
że Jasio Narożniak
zrobił glinę w wała
Mieli ze szpitala
wziąć go do więzienia
ale mu pomogli
chłopaki z podziemia
Pewnie ze szpitala
uciekł w jednym bucie
i mu jacyś ludzie
pomagali uciec


Jan Krzysztof Kelus, "Polski broadside, czyli w więzieniu zasłyszana opowieść prawdziwa o ponownym ocaleniu Narożniaka Jana z rąk prokurator Bardonowej"
(Białołęka, czerwiec 1982 r.)


Wykradzenie z warszawskiego CSK AM przy ul. Banacha Jana Narożniaka, podziemnego wydawcy, postrzelonego podczas próby ucieczki w trakcie aresztowania, było najbardziej spektakularną akcją podziemnej "Solidarności" w okresie stanu wojennego.

Jan Narożniak, z wykształcenia matematyk (obecnie jest informatykiem), w 1977 r. był współzałożycielem nielegalnego wydawnictwa NOWA. Po sierpniu 1980 r. pomagał w organizowaniu poligrafii w NSZZ "Solidarność" Regionu Mazowsze. Jego nazwisko stało się znane jesienią 1980 r., gdy został aresztowany pod zarzutem powielania i rozpowszechniania tajnej instrukcji prokuratora generalnego PRL dotyczącej metod i sposobów zwalczania "Solidarności". W obronie uwięzionego Narożniaka Zarząd Regionu Mazowsze proklamował strajk. W Warszawie rozlepiono plakaty: "Uwolnić Narożniaka", "Dziś Narożniak, jutro Wałęsa, pojutrze Ty" i rysunkiem więziennej kraty w tle. Władze nie były jednak wówczas zdecydowane na konfrontację; Narożniaka zwolniono z aresztu, "Solidarność" strajk odwołała.

Po wprowadzeniu stanu wojennego Narożniak ukrywał się, gdyż najprawdopodobniej był na liście osób do internowania. 26 maja 1982 r., w parku Żeromskiego niedaleko pl. Wilsona (wówczas Komuny Paryskiej) na warszawskim Żoliborzu, przypadkowo zatrzymał go dwuosobowy patrol ZOMO i zażądał okazania dowodu tożsamości. Narożniak miał przy sobie dowód osobisty z nieważnym stempelkiem o zatrudnieniu, co było mocno podejrzane, jako że w PRL-u obowiązywała ustawa o zwalczaniu pasożytnictwa i wszyscy zdolni do pracy powinni byli pracować. Nie miał nawet legitymacji studenckiej, gdyż był już wówczas na studium doktoranckim.

Zomowcy zaproponowali, żeby się wykupił. Zażądali 5 tys. zł, ale miał tylko 1,2 tys. (na dzisiejsze to równowartość ok. 70 zł.) Uznali zatem, że bardziej im się opłaca go aresztować, gdyż mają w zamian szansę otrzymać nagrodę w postaci urlopu.

Prowadzony przez zomowców do samochodu Narożniak zaczął uciekać, wówczas jeden z nich oddał do niego strzały z kbk-AK ("kałasznikowa"). Jedna z kul przebiła talerz biodrowy, druga (lub ta sama) trafiła w dłoń prawej ręki u nasady i urwała mały palec.

Do leżącego na ziemi i zakrwawionego wezwano karetkę pogotowia, która zawiozła go do szpitala na Banacha. Tam wykonano mu dwie operacje. I mimo że był osobą najpilniej wówczas strzeżoną przez władze stanu wojennego (pilnowaną przez 6 uzbrojonych w automaty zomowców, a także mnóstwo milicjantów i tajniaków, kręcących się po szpitalu i strzegących wejść) – 7 czerwca Narożniak został wykradziony przez podziemną "Solidarność". Szczęśliwie, dokonano tego bez rozlewu krwi, nie planowano zresztą użycia w tej akcji przemocy, chociaż wydarzenie to kojarzyli warszawiacy z akcjami podziemia z czasów hitlerowskiej okupacji, głównie odbiciem rannego "Rudego" – J. Bytnara.

Uwolnienie Narożniaka w udręczonym mieście i kraju było iskrą nadziei dla wątpiących: że "S" żyje i broni "swoich". Bezpośrednimi wykonawcami akcji byli Adam Borowski i Jerzy Bogumił, członkowie RMKS-u (Robotniczego Mazowieckiego Komitetu "S"). Akcja nie byłaby jednak możliwa bez znaczącej pomocy i przychylności pracowników służby zdrowia. To oni pomogli mu także w ukrywaniu się i leczeniu ran po wykradzeniu ze szpitala.

Do wolności przez prosektorium

Operację biodra wykonali u J. Narożniaka lekarze z nocnego dyżuru w Klinice Gastroenterologii, mieszczącej się na III piętrze gmachu szpitala. Z powodu przebicia tętnicy okalającej biodra i utraty ponad litra krwi, konieczna była transfuzja. Być może to wówczas zainfekowano Narożniaka wirusem wzw typu C. Do operacji dłoni wezwano z domu dr. Andrzeja Sankowskiego, który prowadził jednoosobowy oddział chirurgii plastycznej (jako bezpartyjny – nie mógł być wówczas jego ordynatorem). Kilka pierwszych dni po operacji Narożniak leżał w kilkuosobowej sali. Przy drzwiach wejściowych stali dwaj zomowcy z automatami. Nie wiedzieli jednak, że do tej akurat sali można się było dostać także drzwiami wejściowymi do sąsiedniej sali – po przejściu przez wspólny dla nich obu węzeł sanitarny.

Narożniak wspomina dziś, że odwiedziło go wówczas wiele osób i niejedna poruszała temat uwolnienia go ze szpitala. Pamięta też ogromną życzliwość personelu medycznego: przychodziło mnóstwo lekarzy i pielęgniarek tylko po to, żeby go obejrzeć i dodać otuchy. Takiej opieki medycznej, jaką miał wówczas, dodaje, można tylko pozazdrościć.

Wkrótce jednak został przeniesiony do separatki. Naprzeciw stale otwartych drzwi siedzieli dwaj bacznie go obserwujący, uzbrojeni zomowcy.

Mimo to z pomysłem wykradzenia Narożniaka, który został zrealizowany w praktyce, wystąpił dr Jerzy Siwiec, przewodniczący "Solidarności" w szpitalu na Banacha, wówczas anestezjolog, obecnie psychiatra i psychoterapeuta.
- Zaprosiłem do szpitala dr Ewę Kunicką, koleżankę, która pracowała wówczas w stacji krwiodawstwa i była łączniczką Zbigniewa Romaszewskiego z RMKS-u – opowiada. – Gdy przyjechała, zaaranżowaliśmy wywiezienie Narożniaka na lipnego rentgena. Dr Kunicka weszła do pracowni w białym fartuchu przechodząc obok stojących pod drzwiami zomowców i uzyskała od Janka potwierdzenie, że chce być uwolniony. Alternatywą był dla niego pobyt na Rakowieckiej.

Potem pojechaliśmy razem do Romaszewskiego. Powiedziałem mu, że do uwolnienia Janka potrzebni są dwaj ludzie z zewnątrz, żeby go wywieźć, trzeba też załatwić środek transportu oraz nowe miejsce jego pobytu, takie, by kontynuować opiekę lekarską. Podkreśliłem, że nie chcę znać nazwisk tych ludzi z zewnątrz – poznałem je dopiero po latach – ani wiedzieć, co będzie dalej z Jankiem, dokąd trafi itd., gdyż na pewno będę uważnie obserwowany.

W plany uwolnienia Narożniaka nie wtajemniczałem nikogo ze szpitalnego personelu. Spotkałem się natomiast parę razy z wykonawcami akcji i przećwiczyliśmy temat "na sucho", na terenie szpitala.

Jedynym właściwie miejscem, gdzie obstawa nie miała wstępu i skąd można było wykraść Narożniaka, był blok operacyjny – mówi dr Siwiec. – Blok składał się z 15 sal operacyjnych, w oddzielnym budynku. Obstawa Narożniaka nie wiedziała, że po zjechaniu z bloku windą do podziemia można dotrzeć półkilometrowym korytarzem do prosektorium. Mieści się ono w wolno stojącym, nieco oddalonym budynku, który nie był obstawiony przez straże, gdyż trudno się domyśleć, że należy jeszcze do szpitala.

7 czerwca, w 13. dniu hospitalizacji Narożniaka, dr Siwiec zadzwonił z bloku operacyjnego na oddział, na którym leżał Narożniak. Zmienionym głosem powiedział, że dzwoni z bloku operacyjnego i "prosimy pana Narożniaka na zabieg". Taka wówczas obowiązywała w szpitalu procedura: na blok operacyjny na Banacha mógł skierować konkretnego pacjenta każdy człowiek z każdego miejsca w Polsce, jeśli tylko znał właściwy numer telefonu i potrafił wyrecytować odpowiednią formułę.

Narożniak trafił do sali, w której operował akurat dr Sankowski. Ten (wcześniej zrobił mu przeszczep skóry na dłoni i często zmieniał opatrunki) zachował się przytomnie. Mimo że Narożniak nie był jego planowym pacjentem, ani tego dnia nie był wzywany, nic nie mówiąc – zmienił mu opatrunek. Następnie Borowski i Bogumił wywieźli Narożniaka z sali operacyjnej innymi, nie pilnowanymi drzwiami, do windy. Tu przełożyli go z łóżka na wysoki wózek do przewożenia zwłok, nakryli prześcieradłem i podziemiem przewieźli do drzwi prosektorium. Na podjeździe dla samochodów, zawiniętego w koc, ułożyli na podłodze nyski i spokojnie wyjechali z terenu szpitala przez nie pilnowany w tamtych latach parking.

- Tymczasem około godz.13.00 zomowcy stojący pod drzwiami sali operacyjnej, do której wjechał Narożniak, zaczęli się niepokoić – wspomina dr Siwiec. – Na ich prośbę ktoś z personelu wszedł do środka sprawdzić, co się dzieje z pacjentem i okazało się, że Narożniaka tam nie ma. Zomowcy pobiegli na oddział sprawdzić, czy nie wrócił, przez jakiś czas mieli bowiem nadzieję, że się gdzieś zawieruszył. Potem jednak wpadli w panikę i zaczęli go szukać – wszędzie, nawet pod łóżkami. Około 14.00 do szpitala przyjechała prokurator Bardonowa. Kazała zgromadzić personel bloku operacyjnego na zbiorowe przesłuchanie. Każdego, kto się odezwał nie pytany, natychmiast kazała aresztować. Jeden z lekarzy próbował wyjaśnić: – Pani prokurator, ale my tu musimy pracować, przecież mamy plan operacji... – A kim pan jest? – zapytała. – Kierownikiem bloku operacyjnego. – Aresztować go – zadecydowała.

Tego dnia wyłapano i zatrzymano wielu lekarzy i pielęgniarek, którzy mogli mieć cokolwiek wspólnego z Narożniakiem. Teren szpitala otoczyło ZOMO, dokładnie przeszukane zostały nawet szafki personelu. Większość zatrzymanych wypuszczono po 24 godzinach, najdłużej, bo 3 miesiące, trzymano Andrzeja Sankowskiego, trochę krócej mnie – kontynuuje dr Siwiec.

Trzy miesiące więzienia za niewinność

– Wieczorem – dzwonek do drzwi. Przyjechała milicja, zakratowaną nysą, i zawieźli mnie do Pałacu Mostowskich – wspomina dr Andrzej Sankowski.
- Od tej pory słuch o mnie zaginął. Żona i 10-letni syn wiedzieli tylko, że mnie aresztowali. Przez 3 miesiące nie miałem kontaktu nawet z adwokatem. Zgłosiło się kilku adwokatów, żeby mnie bronić za darmo, ale nie dopuszczono ich do mnie. Wkrótce potem wyrzucili z pracy moją żonę, była radcą prawnym w Związku Nauczycielstwa Polskiego. "Opiekowała się" mną prokurator Czub, która mówiła np. anastazjolog. Przesłuchiwany byłem dniem i nocą, bo oni byli przekonani, że uczestniczyłem w spisku i próbowali się dowiedzieć tego, czego naprawdę nie wiedziałem. Często opowiadali mi, jak to inni ludzie przeciw mnie zeznają, więc ja też powinienem.

Siedziałem w piwnicach Pałacu Mostowskich – betonowa podłoga, wilgotne ściany, na podłodze siennik. W celi z kryminalistami i złodziejami, ale ci byli dla mnie uprzejmi i okazywali mi szacunek za pomoc w ucieczce Narożniaka. Potem przewieźli mnie na Rakowiecką, gdzie siedziałem w małej, dusznej celi z czterema przestępcami. Któregoś dnia przyszli i raptem powiedzieli, żebym zabierał swoje rzeczy i wypuścili mnie na ulicę. Tego samego dnia zwolnili też Jurka Siwca. Nie, nic nie podpisywałem, nie było żadnego uzasadnienia tego przetrzymywania mnie w więzieniu, nie doszło do procesu, mówiono mi tylko, że chciałem siłą obalić ustrój Polski Ludowej. Pomyślałem więc, że jeśli taki człowiek jak ja, a nie byłem członkiem "Solidarności", tylko jej sympatykiem, jest dla tego ustroju zagrożeniem, no to on naprawdę musi upaść.

Po powrocie do domu dostałem powiadomienie, że raz w tygodniu muszę się meldować na milicji. Po tym wszystkim wylądowałem w szpitalu zakaźnym na Wolskiej z żółtaczką mechaniczną – zachorowałem wskutek wyniszczenia organizmu, ważyłem niespełna 50 kilo. Ponad 3 miesiące byłem na zwolnieniu lekarskim, później wyjechaliśmy z żoną i synem na tygodniowy urlop. Po powrocie zastaliśmy mieszkanie splądrowane i okradzione, zginęła biżuteria żony i wszystko, co było wartościowe. Sprawcy pozostali, oczywiście, nieznani, myślę, że była to po prostu zemsta ubecji.

Byłem tym wszystkim tak udręczony, że chciałem nawet odejść z zawodu. Koledzy ze szpitala wyciągnęli mnie jednak z powrotem do pracy. Koleżanka, która była anestezjologiem i znieczulała Narożniaka, trzymana w jednej celi z prostytutkami i traktowana jak one, po wyjściu z więzienia wyjechała do Szwecji. Powiedziała, że już nie chce mieszkać w Polsce.

Dr Sankowski kilka lat temu odszedł ze szpitala na Banacha; prowadzi dziś własną, renomowaną klinikę chirurgii plastycznej.

Dr. Siwca aresztowano kilka tygodni później. Chodził po oddziałach szpitala i zbierał podpisy pod pismem w sprawie zwolnienia z aresztu dr. Sankowskiego. Wspomina, że podpisywali je nawet partyjni. Pismo przekazał rektorowi AM (szpital na Banacha był i jest jednostką kliniczną) z prośbą, by udzielił on dr. Sankowskiemu tzw. społecznego poręczenia. Prokuratura odrzuciła jednak prośbę rektora, Sankowski pozostał w areszcie.

- Byli pewni, że uczestniczyłem w rozgałęzionym spisku – wspomina dr Siwiec. – Od początku szedłem w zaparte, a oni na szczęście nie mieli żadnych dowodów. O tym, jak było naprawdę, opowiedziałem zaufanym osobom dopiero w 1989 r. A wypuścili mnie ze względu na stan zdrowia: miałem alergię z obrzękami i więzienna komisja lekarska orzekła, że dalsze przebywanie w szpitalu w warunkach aresztu śledczego zagraża mojemu życiu lub zdrowiu. Zastosowano więc art. 217 kpk, który nakazuje uchylić bezzwłocznie areszt tymczasowy, niezależnie od powodu, dla którego go zastosowano. Mimo to prokurator Bardonowa była tak zawzięta, że zakwestionowała opinię więziennej komisji i zażądała powołania nowej. Powołano ją w Centralnym Szpitalu Wojskowym w Łodzi, składała się z trzech profesorów, którzy w całej rozciągłości podtrzymali postanowienie komisji więziennej. Prokuratura nadal prowadziła jednak śledztwo...

W sutannie księdza Popiełuszki

Wykradziony ze szpitala Narożniak został przewieziony do mieszkania działaczki MRKS-u Małgorzaty Jastrzębskiej przy ul. Staffa na Żoliborzu. Później przechowywała ona także uciekiniera z armii sowieckiej. W sprawie Narożniaka zwróciły się do niej działające w podziemiu lekarki Anna Gręziak i Ewa Kunicka. Jastrzębska, z wykształcenia biolog o specjalności wirusolog immunolog, pracowała wówczas w Państwowym Zakładzie Higieny. – Czasu na podjęcie decyzji było mało, a wykonano akcję jak w Powstaniu Warszawskim. Zgodziłam się pomóc – wspomina M. Jastrzębska. – W pierwszych dniach po uwolnieniu Narożniaka po Warszawie jeździły liczne karetki pogotowia, a w nich panowie, dziwnie rozglądający się po ulicach i niekoniecznie wyglądający na pielęgniarzy – opowiada. – Czy szukali wałęsającego się, rannego mężczyzny w szpitalnej pidżamie, czy chcieli może zastraszyć miasto? – Trudno powiedzieć. Nie, nie bałam się przechowując Narożniaka, bo młodzi ludzie raczej nie czują strachu. Chociaż, gdy byłam niemal pewna, że ktoś za mną chodzi, kazałam przenieść Janka na piętro do sąsiadów, chyba na jedną noc. Narożniak wygoił u mnie rany i zaczął chodzić. Miał zapewnioną opiekę lekarską, przychodziła do niego nawet stomatolog z przenośną wiertarką.

Lekarzem, który się nim wówczas opiekował i zmieniał opatrunki, był dr Ireneusz Kozicki, chirurg ze szpitala przy ul. Czerniakowskiej, pracujący tam do dziś.

Pełna rekonwalescencja Narożniaka wymagała, by zaczął wychodzić na ulicę. W mieście było to jednak zbyt niebezpieczne. Od M. Jastrzębskiej został więc przewieziony pod Warszawę, do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Miał tam możliwość odbywania przechadzek, mógł ćwiczyć niesprawny staw biodrowy.

- Pojechał do sióstr w sutannie pożyczonej od ks. Jerzego Popiełuszki – wspomina Małgorzata Jastrzębska. – Sądząc po rozmiarze, myślę, że była to jego osobista sutanna, bo nie mogła należeć do jego kolegi z parafii księdza Przekazińskiego, chłopa ponad metr osiemdziesiąt. Janek jest przecież takiej postury, jakiej był Jurek Popiełuszko.

- Przebywałem u sióstr około miesiąca. Usamodzielniłem się tu, ale straciłem kontakt z MRKS-em – wspomina dziś Narożniak. – Potem przechowywali mnie, na Ursynowie, ludzie nie związani bezpośrednio z "Solidarnością".

Czułem się stosunkowo bezpiecznie i bez problemów dotrwałem do pierwszej amnestii. Warunki mojego ujawnienia się jesienią 1983 r. wynegocjował mec. Szczuka.

Wkrótce po ujawnieniu się Narożniak przyjechał do szpitala na Banacha i podziękował dr. Siwcowi i dr. Sankowskiemu za okazaną mu pomoc, próbował ich nawet przepraszać za kłopoty.




Najpopularniejsze artykuły

Ciemna strona eteru

Zabrania się sprzedaży eteru etylowego i jego mieszanin – stwierdzał artykuł 3 uchwalonej przez sejm ustawy z dnia 22 czerwca 1923 r. w przedmiocie substancji i przetworów odurzających. Nie bez kozery, gdyż, jak podawały statystyki, aż 80 proc. uczniów szkół narkotyzowało się eterem. Nauczyciele bili na alarm – używanie przez dzieci i młodzież eteru prowadzi do ich otępienia. Lekarze wołali – eteromania to zguba dla organizmu, prowadzi do degradacji umysłowej, zaburzeń neurologicznych, uszkodzenia wątroby. Księża z ambon przestrzegali – eteryzowanie się nie tylko niszczy ciało, ale i duszę, prowadząc do uzależnienia.

Rzeczpospolita bezzębna

Polski trzylatek statystycznie ma aż trzy zepsute zęby. Sześciolatki mają próchnicę częściej niż ich rówieśnicy w Ugandzie i Wietnamie. Na fotelu dentystycznym ani razu w swoim życiu nie usiadł co dziesiąty siedmiolatek. Statystyki dotyczące starszych napawają grozą: 92 proc. nastolatków i 99 proc. dorosłych ma próchnicę. Przeciętny Polak idzie do dentysty wtedy, gdy nie jest w stanie wytrzymać bólu i jest mu już wszystko jedno, gdzie trafi.

ZUS zwraca koszty podróży

Osoby wezwane przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych do osobistego stawiennictwa na badanie przez lekarza orzecznika, komisję lekarską, konsultanta ZUS często mają do przebycia wiele kilometrów. Przysługuje im jednak prawo do zwrotu kosztów przejazdu. ZUS zwraca osobie wezwanej na badanie do lekarza orzecznika oraz na komisję lekarską koszty przejazdu z miejsca zamieszkania do miejsca wskazanego w wezwaniu i z powrotem. Podstawę prawną stanowi tu Rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 31 grudnia 2004 r. (...)

Astronomiczne rachunki za leczenie w USA

Co roku w USA ponad pół miliona rodzin ogłasza bankructwo z powodu horrendalnie wysokich rachunków za leczenie. Bo np. samo dostarczenie chorego do szpitala może kosztować nawet pół miliona dolarów! Prezentujemy absurdalnie wysokie rachunki, jakie dostają Amerykanie. I to mimo ustawy, która rok temu miała zlikwidować zjawisko szokująco wysokich faktur.

Protonoterapia. Niekończąca się opowieść

Ośrodek protonoterapii w krakowskich Bronowicach kończy w tym roku pięć lat. To ważny moment, bo o leczenie w Krakowie będzie pacjentom łatwiej. To dobra wiadomość. Zła jest taka, że ułatwienia dotyczą tych, którzy mogą za terapię zapłacić.

Reforma systemu psychiatrii zbacza z wyznaczonego kursu

Rozmowa z Markiem Balickim, byłym pełnomocnikiem ministra zdrowia ds. reformy psychiatrii dorosłych i byłym kierownikiem biura ds. pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego na lata 2017–2022, ministrem zdrowia w latach 2003 oraz 2004–2005.

2023 – stara bieda

Wiara w to, że zmiana daty oznacza nowe szanse, nowe możliwości, nowe otwarcie, od dawna nie dotyczy systemu ochrony zdrowia. I chyba w mało którym obszarze tak dobrze oddaje sytuację odpowiedź: „stara bieda”, gdy komuś przyjdzie do głowy zapytać: „co słychać”. Będzie źle, ale czy beznadziejnie?

Leki, patenty i przymusowe licencje

W nowych przepisach przygotowanych przez Komisję Europejską zaproponowano wydłużenie monopolu lekom, które odpowiedzą na najpilniejsze potrzeby zdrowotne. Ma to zachęcić firmy farmaceutyczne do ich produkcji. Jednocześnie Komisja proponuje wprowadzenie przymusowego udzielenia licencji innej firmie na produkcję chronionego leku, jeśli posiadacz patentu nie będzie w stanie dostarczyć go w odpowiedniej ilości w sytuacjach kryzysowych.

Byle jakość

Senat pod koniec marca podjął uchwałę o odrzuceniu ustawy o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta w całości, uznając ją za niekonstytucyjną, niedopracowaną i zawierającą szereg niekorzystnych dla systemu, pracowników i pacjentów rozwiązań. Sejm wetem senatu zajmie się zaraz po świętach wielkanocnych.

Leczenie przeciwkrzepliwe u chorych onkologicznych

Ustalenie schematu leczenia przeciwkrzepliwego jest bardzo często zagadnieniem trudnym. Wytyczne dotyczące prewencji powikłań zakrzepowo-zatorowych w przypadku migotania przedsionków czy zasady leczenia żylnej choroby zakrzepowo-zatorowej wydają się jasne, w praktyce jednak, decydując o rozpoczęciu stosowania leków przeciwkrzepliwych, musimy brać pod uwagę szereg dodatkowych czynników. Ostatecznie zawsze chodzi o wyważenie potencjalnych zysków ze skutecznej prewencji/leczenia żylnej choroby zakrzepowo-zatorowej oraz ryzyka powikłań krwotocznych.

Prosimy o zmiany

Z Agnieszką Lewonowską-Banach, pielęgniarką, dyrektor Zakładu Aktywności Zawodowej U Pana Cogito Pensjonat i Restauracja w Krakowie; sekretarzem Stowarzyszenia Rodzin Zdrowie Psychiczne; członkinią Rady ds. Zdrowia Psychicznego przy Ministerstwie Zdrowia rozmawia Katarzyna Cichosz.

Leczenie wspomagające w przewlekłym zapaleniu prostaty

Terapia przewlekłego zapalenia stercza zarówno postaci bakteryjnej, jak i niebakteryjnej to duże wyzwanie. Wynika to między innymi ze słabej penetracji antybiotyków do gruczołu krokowego, ale także z faktu utrzymywania się objawów, mimo skutecznego leczenia przeciwbakteryjnego.

Neonatologia – specjalizacja holistyczna

O specyfice specjalizacji, którą jest neonatologia, z dr n. med. Beatą Pawlus, lekarz kierującą Oddziałem Neonatologii w Szpitalu Specjalistycznym im. Świętej Rodziny w Warszawie oraz konsultant województwa mazowieckiego w dziedzinie neonatologii rozmawia red. Renata Furman.

EBN, czyli pielęgniarstwo oparte na faktach

Rozmowa z dr n. o zdrowiu Dorotą Kilańską, kierowniczką Zakładu Pielęgniarstwa Społecznego i Zarządzania w Pielęgniarstwie w UM w Łodzi, dyrektorką Europejskiej Fundacji Badań Naukowych w Pielęgniarstwie (ENRF), ekspertką Komisji Europejskiej, Ministerstwa Zdrowia i WHO.

Osteotomia okołopanewkowa sposobem Ganza zamiast endoprotezy

Dysplazja biodra to najczęstsza wada wrodzona narządu ruchu. W Polsce na sto urodzonych dzieci ma ją czworo. W Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym pod kierownictwem dr. Jarosława Felusia przeprowadzane są operacje, które likwidują ból i kupują pacjentom z tą wadą czas, odsuwając konieczność wymiany stawu biodrowego na endoprotezę.

Promieniowanie ultrafioletowe

Piękna opalenizna zwykle kojarzy się ze zdrowiem. Czy jest to dobre skojarzenie? Dla wielu tak. To ich przyciągają solaria, by niezależnie od pory roku mogli wyglądać jak po pobycie na nadmorskiej plaży. Opalanie to ekspozycja naszej skóry na promieniowanie ultrafioletowe. Efekty tego oddziaływania na ludzką skórę budzą coraz większy niepokój świata medycznego, a ze zdrowiem niewiele mają wspólnego (...)




bot