Służba Zdrowia - strona główna
SZ nr 85–92/2017
z 16 listopada 2017 r.

Stuknij na okładkę, aby przejść do spisu treści tego wydania


>>> Wyszukiwarka leków refundowanych


Żyjemy w epoce postprawdy

Oliwia Tarasewicz-Gryt

Masz wybór – wylecz raka chemioterapią lub lewatywą z kawy. Ty decydujesz o swoim życiu – taki przekaz płynie dziś z sieci i mediów. Wiara w terapie niekonwencjonalne to dziś przejaw wolności, a nie ignorancji. Czy należy z nią walczyć?

Zaprzeczanie naukowym faktom stało się popularne. Bez trudu można dziś odnaleźć zarówno w Internecie, jak i w pozostałych mediach sprzeczne teorie poparte „dowodami”. Wbrew pozorom, w nienaukowe metody wierzą także ludzie wykształceni, którzy chcą sami decydować o sobie i żyć poza „głównym nurtem”. Dostępność informacji i możliwość samodzielnego wyboru stylu życia to jedna z właściwości naszych czasów. Spora grupa ludzi szuka informacji o leczniczym jedzeniu, produktach fair trade, niszowych kierunkach wakacyjnych, alternatywnej edukacji itd. Leczenie także wpisuje się w te trendy. Terapie alternatywne (tzw. altmed) połączono z takimi wartościami, jak wolność, niezależność, wolny wybór i samodzielne myślenie.

Internet sprawił, że zniknęły bariery zarówno w dostępie do informacji, jak i w ich publikowaniu, więc szukając na własną rękę bardzo często otrzymuje się informacje niepełne lub całkiem nieprawdziwe. Do weryfikacji i interpretacji potrzebna jest umiejętność oceny materiałów źródłowych lub ekspert, który zinterpretuje dane. Ekspertem może być dzisiaj każdy – wystarczy, że będzie popularny. Jeśli umie wzbudzić emocje, znajdzie zwolenników.

Zalewa nas postprawda. To termin odnoszący się do sytuacji, w której obiektywne fakty mają mniejsze znaczenie w kształtowaniu opinii publicznej niż apele do emocji i osobistych przekonań. „Postprawda” została uznana przez kolegium redakcyjne słownika oksfordzkiego słowem 2016 roku. Jest możliwa dzięki szumowi informacyjnemu, w którym trudno określić granice między faktem a opinią, prawdą i fałszem. Nawet jeśli zdementujemy jakąś informację – tak jak zdementowano wiele lat temu „naukową” rewelację o szczepionkach powodujących autyzm – zaczyna ona żyć własnym życiem, wzbudza dyskusje, których celem nie jest dotarcie do prawdy, lecz przekonanie do swojej racji. O ile jednak pogląd, że Ziemia jest płaska (mający rzesze zwolenników) nie pozbawi nas życia, o tyle zaniechanie konwencjonalnej terapii na rzecz wlewów z witaminy C może okazać się tragiczne.


Ograniczyć ignorancję
czy wolność?


Mechanizm tworzenia postprawdy dobrze ilustruje historia z początku września tego roku. Popularna w mediach lekarka, blogerka znana w sieci jako Mamaginekolog, twarz kampanii społecznej promującej profilaktykę raka szyjki macicy, udostępniła publicznie zbiórkę pieniędzy dla pacjentki z nowotworem żołądka. Młoda matka zdecydowała się na leczenie w Meksyku najprawdopodobniej za pomocą terapii Gersona, opartej na sokach ze świeżych owoców i warzyw oraz lewatywie z kawy. Blogerka zasięg ma duży, więc informacja o zbiórce rozprzestrzeniła się i szybko zebrano prawie 140 tysięcy zł. Środowiska popierające metody naukowe oburzyły się, że takie zbiórki powinny być weryfikowane, w przeciwnym razie są okłamywaniem osób, które wspierają akcję finansowo, wierząc, że płacą za leczenie oparte na dowodach. Gdyby jednak przyjąć, że każdy ma prawo zrobić z własnymi pieniędzmi, co chce – to można uznać, że każdy ma także prawo leczyć się jak chce, jeśli tylko nie szkodzi innym.
Blogerka po interwencji post skasowała, zamieściła wyjaśnienie, ale dyskusja pozostała.

To akademicka dyskusja o wolności. Czy należy ją ograniczać?

W interesie publicznym leży, by obywatel stosował profilaktykę i leczył się metodami opartymi na dowodach. Edukowanie społeczeństwa i niedopuszczanie do tego, by wierzyło szarlatanom wydaje się więc oczywistym zadaniem państwa. Z drugiej strony mamy pojęcie swobód obywatelskich i prawo do decydowania o sobie. Rodzi się dylemat, doskonale znany z dyskursu antyszczepionkowców, którzy nie akceptują przymusu szczepienia dzieci. Nie ma tutaj jednak kompromisu i przyjąć należy, że edukowanie społeczeństwa jest jednym z zadań zarówno personelu medycznego, jak i polityków odpowiedzialnych za zdrowie publiczne. Z takiego założenia wyszła wiceminister zdrowia Józefa Szczurek-Żelazko, pojawiając się na konferencji, na której obecny był Jerzy Zięba, promujący leczenie za pomocą wlewów z witaminy C i strukturyzatora wody. „Musimy działać, nie możemy udawać, że nie docierają do nas wypowiedzi różnych – nie boję się użyć tego słowa – hochsztaplerów. Jeśli nie będziemy reagować, to zrobimy krzywdę naszemu społeczeństwu” – mówiła wiceminister. Dlatego też minister publicznie szczepi siebie i swoją rodzinę, a jego resort publikuje komunikaty, w których przekonuje, że powszechny obowiązek szczepień zapewnia ochronę zarówno osobom zaszczepionym, jak i niezaszczepionym. Efekty? Przekaz taki do przekonanych o spisku „Wielkiej Farmacji” nie trafia, jedynie utwierdza ich w przekonaniu, że mają rację. Szacuje się, że liczba oficjalnie odnotowanych odmów szczepień wzrosła z ponad 5 tys. w 2012 r. do ponad 23 tys. w 2016 r. To może oznaczać, że kampanie „informacyjne” ruchów antyszczepionkowych są skuteczne. Trudno się dziwić, skoro wspierają ich media mainstreamowe i ośrodki naukowe.


Altmed w mainstreamie

Metody leczenia, które nie są poparte dowodami naukowymi, stosuje się od lat. Do niedawna jednak istniał wyraźny podział na medycynę konwencjonalną i alternatywną. Ta ostatnia zyskuje na popularności i szczególnie niepokojące jest to, że często stoi w opozycji do nauki, a lekarzy oskarża się o brak elastyczności, ślepą wiarę w naukę i udział w spisku „Wielkiej Farmacji”. Nawet jeśli odsetek ludzi ufających znachorom nie zwiększył się (trudno to oszacować), to w dobie Internetu, gdzie łatwo znaleźć grupy osób o podobnych poglądach, stają się oni łatwiej zauważalni. Poglądy te rozpowszechniają też media, zwiększając dzięki temu ich zasięg i popularność. Przedstawiciele ruchów antyszczepionkowych głoszą swoje przekonania i postulaty już nie tylko na ulicy, do czego w demokratycznym państwie mają prawo, ale również znajdują wsparcie naukowych instytucji – jak wyższe uczelnie czy Sejm RP.

W zeszłym roku w sejmie powstał Parlamentarny Zespół ds. Bezpieczeństwa Programu Szczepień Ochronnych Dzieci i Dorosłych złożony z antyszczepionkowców. W drugiej połowie sierpnia w budynku sejmowym zaplanowano konferencję pt. „Szczepienia XXI wieku”, poświęconą... szkodliwości szczepień. Tytuły wystąpień to m.in. „Rodzice kontra państwo. Jak się obronić przed przymusem szczepień” i „Zmowa milczenia lekarzy. Substancje toksyczne w szczepionkach”. Zaproszono m.in. Jerzego Ziębę, który dość jednoznacznie przedstawia się jako przeciwnik lekarzy i ministerstwa, a na jego fanpage’u dochodzi do nawoływania do nienawiści wobec pracowników ochrony zdrowia. Nie jest to działanie na rzecz zdrowia publicznego, gdy w budynku państwowej instytucji, w której tworzy się prawo, jednocześnie nakłania się do łamania tego prawa. Konferencja ostatecznie odbyła się gdzie indziej, ale powodem zmiany lokalizacji nie była jej tematyka, lecz fakt, że wstęp był płatny. Zwolenników alternatywnych terapii zaprasza się także na komercyjne konferencje do ośrodków naukowych, takich jak Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu, Uniwersytet Gdański czy UMCS. Część z zaplanowanych wydarzeń bywa odwoływana po protestach i interwencjach.

Zdarza się, że altmed wspierają także media. W opiniotwórczym dzienniku „Rzeczpospolita” niedawno ukazał się artykuł, którego autor pisze, że „efektem chemioterapii jest bardzo niska przeżywalność kolejnych pięciu lat”. Artykuł zawiera też inne dane mówiące, że chemioterapia jest w 90 proc. nieskuteczna lub wywołuje nowe skupiska raka. Pojawia się argument o interesach firm farmaceutycznych (spisek „Wielkiej Farmacji”). Autor powołuje się także na słowa Andreasa Moritza, autora popularnych książek o samoleczeniu w chorobach nowotworowych oraz o szkodliwości szczepień.

W listopadzie ubiegłego roku prezes NIL wystosował pismo do prezesa TVP o zaprzestanie działań szkodzących zdrowiu publicznemu. Uznał, że jeden z programów wyemitowanych w TVP Info miał na celu wywołanie niepokoju wśród osób, które decydują się na szczepienia. Argumentował, że niska wyszczepialność jest w Polsce problemem społecznym, a wyemitowany program w przybranej formie na pewno nie pomógł w zwiększeniu świadomości obywateli co do konieczności szczepień.

Tego rodzaju programy w mediach zwiększają szum informacyjny i są idealnym przykładem postprawdy. Nawet telewizja publiczna, mająca do spełnienia misję, dopuszcza do głównego nurtu tematy marginalne dla większej oglądalności, nie zważając na odpowiedzialność za przekaz.


Szczepionka na ignorancję

Jak w takiej sytuacji walczyć z fałszywymi przekonaniami? Podejmowane są działania edukacyjne i informacyjne. Z antyszczepionkowcami walczy się głównie za pomocą prawa – ograniczając przyjęcia dzieci do przedszkoli, angażując Sanepid itd. Oprócz wspomnianych apeli ministerstwa i lekarzy, pojawiają się oddolne inicjatywy osób, które zgłaszają nierzetelne publikacje i szkodliwe treści. Tak stało się z artykułem z „Rzeczpospolitej” odradzającym chemioterapię.

Obowiązek stania na straży prawdy przejęli częściowo od dziennikarzy ludzie powiązani z nauką. Obok portali altmedowych, istnieją takie, które dementują informacje, podając linki i dowody naukowe.

Naukowcy z uniwersytetów w Yale, Cambridge i George Mason uznali, że na fałsz można się uodpornić i opracowali „szczepionkę” na tzw. fake news (nieprawdziwe informacje). Sprawdzili najpierw, jak uczestnicy eksperymentu reagują na fakty naukowe, dotyczące wpływu człowieka na zmiany klimatyczne i fałszywe kampanie informacyjne. Ich badanie potwierdziło, że fake news są w stanie całkowicie wyprzeć w umysłach badanych wcześniej zaprezentowane fakty. Mimo doniesień naukowych, po zapoznaniu się z fałszywymi newsami, wiele osób nie uwierzyło, że człowiek ma wpływ na zmiany klimatyczne. W pierwszej fazie „szczepienia” wyjaśniano więc motywy produkowania fałszywych newsów i pokazano badanym, że niektóre grupy mają interes w oszukiwaniu. Dzięki temu o 6 proc. wzrosła liczba osób, która nie uwierzyła dezinformacjom. W następnej fazie obnażono szczegółowo mechanizm dezinformacji, prezentując taktyki zmieniające interpretacje statystyk. Siła dezinformacji spadła o ponad 13 proc. Badanie ujawniło, że nie wystarczy zanegować jakiejś informacji, lecz należy podać konkretny powód, dlaczego nie powinno się brać jej pod uwagę.

Pokazanie interesu grup altmedowych i obnażenie mechanizmu dezinformacji przy interpretacji danych jest zatem jednym z kierunków batalii o prawdę.


Praca u podstaw

Duża część pracy może zostać wykonana w szkołach i w gabinetach lekarskich. Wyrabiając w dzieciach umiejętność krytycznego myślenia i poszukiwania rzetelnych źródeł, zamiast jedynie wpajać do głowy teorię, uodparniamy je na dezinformację.

Co można robić w gabinetach? Podobnie – nie ograniczać się do teorii. Oprócz wydawania broszur informacyjnych dla pacjentów można uodparniać na dezinformację inaczej niż za pomocą argumentów merytorycznych. Ważne jest więc nie tylko „co” mówić, ale „jak” mówić. Sposób podsuwa badacz komunikacji, specjalizujący się w tropieniu fałszywych informacji, Marcin Napiórkowski, na swoim blogu „Mitologia współczesna”. Jego zdaniem Jerzy Zięba (i jemu podobni) odniósł sukces, dlatego że doskonale zdiagnozował współczesne lęki przed obcym i niezrozumiałym światem medycyny. W medycynie konwencjonalnej pacjent jest zagubiony w gąszczu skomplikowanych procedur. Altmed przekonuje, że wiedza medyczna jest zła, ograniczona, hermetyczna, nieelastyczna i nastawiona na zysk, zaś wybierając medycynę alternatywną pacjent kroczy prostą ścieżką i dostaje proste rozwiązania. Ma też większą kontrolę, bo to on świadomie wybiera terapię. Zdaniem znachorów konwencjonalny lekarz posługuje się schematami i wywyższa nad pacjentem, nie chcąc mu pomóc. Zysk nie wydaje się tutaj istotny, ponieważ pacjenci są zdecydowani płacić całkiem sporo za alternatywne metody leczenia (jak wspomniana pacjentka wybierająca terapię Gersona w Meksyku). Ważne jest podejście i sposób komunikacji.

Napiórkowski pisze, że „książkę Zięby powinni obowiązkowo czytać lekarze i ludzie związani z systemem medycznym. Nie jako podręcznik diagnostyki i terapii, tylko jako świadectwo tego, co siedzi w głowach pacjentów i z czym lekarz musi się zmierzyć – jeśli realnie chce leczyć, a nie odhaczać przypadki w tabelce dla NFZ”. Można oczywiście zbagatelizować te spostrzeżenia, gdyby nie fakt, że potwierdzają się w badaniach. Wskazują one, że pacjentowi potrzebne jest zrozumienie, poczucie kontroli i zaufanie, by stosował się do zaleceń. Respondenci (i sami lekarze) wskazują, że w gabinetach brak czasu na rozmowę. Brak empatii i pochylenia się nad pacjentem, zbyt skomplikowany język wykorzystują znachorzy. Aby zatem nie dopuścić do tego, by kolejne dziecko zmarło leczone płynem Lugola, bransoletką z ołowiu czy głodówką, warto zadbać o to, by pacjent rozumiał, na czym ma polegać jego leczenie i nie odwracał się w kierunku środowisk, które wydadzą mu się bardziej empatyczne.




Najpopularniejsze artykuły

Ciemna strona eteru

Zabrania się sprzedaży eteru etylowego i jego mieszanin – stwierdzał artykuł 3 uchwalonej przez sejm ustawy z dnia 22 czerwca 1923 r. w przedmiocie substancji i przetworów odurzających. Nie bez kozery, gdyż, jak podawały statystyki, aż 80 proc. uczniów szkół narkotyzowało się eterem. Nauczyciele bili na alarm – używanie przez dzieci i młodzież eteru prowadzi do ich otępienia. Lekarze wołali – eteromania to zguba dla organizmu, prowadzi do degradacji umysłowej, zaburzeń neurologicznych, uszkodzenia wątroby. Księża z ambon przestrzegali – eteryzowanie się nie tylko niszczy ciało, ale i duszę, prowadząc do uzależnienia.

Czy Unia zakaże sprzedaży ziół?

Z końcem 2023 roku w całej Unii Europejskiej wejdzie w życie rozporządzenie ograniczające sprzedaż niektórych produktów ziołowych, w których stężenie alkaloidów pirolizydynowych przekroczy ustalone poziomy. Wszystko za sprawą rozporządzenia Komisji Europejskiej 2020/2040 z dnia 11 grudnia 2020 roku zmieniającego rozporządzenie nr 1881/2006 w odniesieniu do najwyższych dopuszczalnych poziomów alkaloidów pirolizydynowych w niektórych środkach spożywczych.

Astronomiczne rachunki za leczenie w USA

Co roku w USA ponad pół miliona rodzin ogłasza bankructwo z powodu horrendalnie wysokich rachunków za leczenie. Bo np. samo dostarczenie chorego do szpitala może kosztować nawet pół miliona dolarów! Prezentujemy absurdalnie wysokie rachunki, jakie dostają Amerykanie. I to mimo ustawy, która rok temu miała zlikwidować zjawisko szokująco wysokich faktur.

Leki, patenty i przymusowe licencje

W nowych przepisach przygotowanych przez Komisję Europejską zaproponowano wydłużenie monopolu lekom, które odpowiedzą na najpilniejsze potrzeby zdrowotne. Ma to zachęcić firmy farmaceutyczne do ich produkcji. Jednocześnie Komisja proponuje wprowadzenie przymusowego udzielenia licencji innej firmie na produkcję chronionego leku, jeśli posiadacz patentu nie będzie w stanie dostarczyć go w odpowiedniej ilości w sytuacjach kryzysowych.

ZUS zwraca koszty podróży

Osoby wezwane przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych do osobistego stawiennictwa na badanie przez lekarza orzecznika, komisję lekarską, konsultanta ZUS często mają do przebycia wiele kilometrów. Przysługuje im jednak prawo do zwrotu kosztów przejazdu. ZUS zwraca osobie wezwanej na badanie do lekarza orzecznika oraz na komisję lekarską koszty przejazdu z miejsca zamieszkania do miejsca wskazanego w wezwaniu i z powrotem. Podstawę prawną stanowi tu Rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 31 grudnia 2004 r. (...)

Rzeczpospolita bezzębna

Polski trzylatek statystycznie ma aż trzy zepsute zęby. Sześciolatki mają próchnicę częściej niż ich rówieśnicy w Ugandzie i Wietnamie. Na fotelu dentystycznym ani razu w swoim życiu nie usiadł co dziesiąty siedmiolatek. Statystyki dotyczące starszych napawają grozą: 92 proc. nastolatków i 99 proc. dorosłych ma próchnicę. Przeciętny Polak idzie do dentysty wtedy, gdy nie jest w stanie wytrzymać bólu i jest mu już wszystko jedno, gdzie trafi.

Odszedł Ireneusz Zatoński

Kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia zmarł Irek, mój młodszy o 2 lata brat. Lekarz, który przez niemal pół wieku pełnił posługę lekarską dla mieszkańców podwrocławskiej gminy Żórawina.

Neonatologia – specjalizacja holistyczna

O specyfice specjalizacji, którą jest neonatologia, z dr n. med. Beatą Pawlus, lekarz kierującą Oddziałem Neonatologii w Szpitalu Specjalistycznym im. Świętej Rodziny w Warszawie oraz konsultant województwa mazowieckiego w dziedzinie neonatologii rozmawia red. Renata Furman.

Miłość w białym fartuchu

Na nocnych dyżurach, w gabinecie USG, magazynie albo w windzie. Najczęściej
między lekarzem a pielęgniarką. Romanse są trwałym elementem szpitalnej rzeczywistości. Dlaczego? Praca w szpitalu jest ciężka – fizycznie i psychicznie. Zwłaszcza na chirurgii. W sytuacjach zagrożenia życia działa się tam szybko, na pełnej adrenalinie, często w nocy albo po nocy nieprzespanej. W takiej atmosferze, pracując ramię w ramię, pielęgniarki zbliżają się do chirurgów. Stają się sobie bliżsi. Muszą sobie wzajemnie ufać i polegać na sobie. Z czasem wiedzą o sobie wszystko. Są partnerami w działaniu. I dlatego często stają się partnerami w łóżku, czasami także w życiu. Gdzie uprawiają seks? Wszędzie, gdzie tylko jest okazja. W dyżurce, w gabinecie USG, w pokoju socjalnym, w łazience, a czasem w pustej sali chorych. Kochankowie dobierają się na dyżury, zazwyczaj nocne, często zamieniają się z kolegami/koleżankami, by być razem. (...)

PES po nowemu

Z prof. dr. hab. n. med. Mariuszem Klenckim, dyrektorem Centrum Egzaminów Medycznych w Łodzi rozmawia Ewa Szarkowska

EBN, czyli pielęgniarstwo oparte na faktach

Rozmowa z dr n. o zdrowiu Dorotą Kilańską, kierowniczką Zakładu Pielęgniarstwa Społecznego i Zarządzania w Pielęgniarstwie w UM w Łodzi, dyrektorką Europejskiej Fundacji Badań Naukowych w Pielęgniarstwie (ENRF), ekspertką Komisji Europejskiej, Ministerstwa Zdrowia i WHO.

Kobiety w chirurgii. Równe szanse na rozwój zawodowy?

Kiedy w 1877 roku Anna Tomaszewicz, absolwentka wydziału medycyny Uniwersytetu w Zurychu wróciła do ojczyzny z dyplomem lekarza w ręku, nie spodziewała się wrogiego przyjęcia przez środowisko medyczne. Ale stało się inaczej. Uznany za wybitnego chirurga i honorowany do dzisiaj, prof. Ludwik Rydygier miał powiedzieć: „Precz z Polski z dziwolągiem kobiety-lekarza!”. W podobny ton uderzyła Gabriela Zapolska, uważana za jedną z pierwszych polskich feministek, która bez ogródek powiedziała: „Nie chcę kobiet lekarzy, prawników, weterynarzy! Nie kraj trupów! Nie zatracaj swej godności niewieściej!".

Czy Trump ma problemy psychiczne?

Chorobę psychiczną prezydenta USA od prawie roku sugerują psychiatrzy i specjaliści od zdrowia psychicznego w Ameryce. Wnioskują o komisję, która pozwoli zbadać, czy prezydent może pełnić swoją funkcję.

Algorytmy czy intuicja?

Procedury redukują dostępną wiedzę do prostych wyborów. Ich sztywne trzymanie się zabija intelektualnego ducha medycyny, który przedkłada podejście zindywidualizowane, wynikające z doświadczenia lekarza.

Czas pracy osób niepełnosprawnych w szpitalu

Czy niepełnosprawna pielęgniarka lub lekarz mogą pracować w systemie równoważnego czasu pracy i pełnić dyżury medyczne w porze nocnej?

Wciąż nie rozumiemy raka trzustki

 – W przypadku raka trzustki cele terapeutyczne są inne niż w raku piersi, jelita grubego czy czerniaku. Postęp w zakresie leczenia systemowego tego nowotworu jest nieznośnie powolny, dlatego sukcesem są terapie, które dodatkowo wydłużają mediany przeżycia nawet o klika miesięcy – mówi dr Leszek Kraj z Kliniki Onkologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. 




bot