Służba Zdrowia - strona główna
SZ nr 77–84/2015
z 8 października 2015 r.


>>> Wyszukiwarka leków refundowanych


Wyżej niż Ikar

Krzysztof Boczek

Sebastian Kawa, polski ginekolog, jest najbardziej utytułowanym szybownikiem
na świecie w historii tego sportu. Niedawno jako pierwszy przeleciał szybowcem nad Himalajami.


Krzysztof Boczek: Zaskoczyło mnie, że dość istotną rolę w historii pana życia i pasji odegrał magazyn... „Służba Zdrowia”.

Sebastian Kawa: (śmiech) Historia jest z czasów głębokiego komunizmu, gdy mój ojciec pracował na Górnym Śląsku, a niebo zasnuwały tam gęste kłęby dymu. Tata – także lekarz, zapalony szybownik i pilot samolotowy – w kolejną rocznicę Rewolucji Październikowej był na dyżurze. Pielęgniarka przyniosła mu właśnie wydanie „Służby Zdrowia”. Na pierwszej stronie była podobizna Lenina. Od razu więc obrócił gazetę. A tam wisiały ogłoszenia o pracę. Rzuciła mu się w oczy jedna oferta – dla lekarza w Międzybrodziu Żywieckim – mekce polskich szybowników i lotników. To prawie kurort. Był tam wcześniej kilka razy na obozach i bardzo chciał tam zakotwiczyć. Więc gdy skończył dyżur, pojechał do Międzybrodzia, by podpisać kontrakt. Mama dowiedziała się o tym i naszych przenosinach dopiero gdy ojciec wrócił wieczorem z Międzybrodzia.

K.B.: Gdyby nie ta zmiana i silna pasja ojca, pan zainteresowałby się szybownictwem?

S.K.: Nie wiem. Różnie mogłoby być. Ale poszedłem w ślady ojca. Bo on jest wielkim fascynatem szybownictwa. Jako młodzieniec zbudował sobie szałas pod lotniskiem w Kurowie k. Nowego Sącza. Mieszkał tam dwa miesiące, żywiąc się borówkami i złapanymi w potoku pstrągami. Tak bardzo pociągały go samoloty. Potem został bardzo dobrym pilotem, brał udział w mistrzostwach Polski. Mnie praktycznie wychował na murawie lotniska w Między-
brodziu. Żyłem tymi sukcesami ojca, opowiadaniami z lotów, emocjami z przestworzy. Zawsze mnie to fascynowało. Właściwie nie miałem innego wyjścia – musiałem latać.

K.B.: Do jakich głupot w dzieciństwie popchnęła pana dojrzewająca pasja?

S.K.: Połamałem jakieś rowery, bo skakaliśmy na nich z górek z piasku, z doczepionymi do pleców skrzydełkami ze szmatek. Rozpędzaliśmy się i hop, by „lecieć”… Zwykłe kolarzówki nie wytrzymywały takich eksperymentów. Analogicznie łamaliśmy też narty zimą. Ludzie z lotniska wspominają, że za każdym razem, gdy tata miał startować, jako kilkulatek siadałem na ogonie szybowca i twardo mówiłem: „Lecę razem z nim!”.
Kiedyś zamiast linę od szybowca, podczepiłem linę od innego samolotu. I tak, jeden, startując pociągnął za sobą drugą maszynę. W dodatku ogonem do przodu (śmiech).

K.B.: A ma pan ciągle to zdjęcie, na którym jako kilkulatek, bez majtek włazi pan do świeżo rozbitego szybowca?

S.K.: Jest nawet w mojej książce „Niebo pełne żaru”. Ten szybowiec wtedy trochę „przychuliganił” – zbytnio się rozpędził i lądując uderzył ogonem. Nikt nie zginął, ale kadłub był pęknięty. Ludzie przyszli oglądać, a ja wlazłem do niego, by obejrzeć linki w środku. I wtedy fotkę pstryknął kolega ojca, który pisał dla „Skrzydlatej Polski”. Podpisał „Inspektorat Cywilnych Statków Powietrznych bada przyczyny wypadku”. Ówczesna władza niestety nie miała poczucia humoru i skończyło się to dla niego zawieszeniem i kłopotami.

K.B.: Zdziwiło mnie, że nie pamięta pan swojego pierwszego lotu.

S.K.: Ja tylko nie jestem pewien, czy to był pierwszy. Bo pamiętam lot Zlinem – czeskim samolocikiem do akrobacji, bardzo hałaśliwym. Lecieliśmy chyba z Bielska-Białej do Gliwic. Z przodu maszyny stała skrzynka piwa, a ja siedziałem ojcu na kolanach. Czy to był mój pierwszy lot? Nie wiem. Bo to były takie czasy, że ludzie z aeroklubu, jeśli nie mieli auta, to lecieli gdzieś załatwić sprawę, albo na... zakupy. Wersalka, która do teraz stoi w naszym domu, przyleciała gdzieś ze Śląska samolotem Jak-12. Bardzo dobrze pamiętam lot Bocianem (polski szybowiec – red.) – mój pierwszy lot szybowcem. Letni dzień, góra Żar, nie było chętnych do latania. Tata więc zabrał mnie. Miałem wtedy kilkanaście lat. Przynieśli mi poduchy, jakieś szmaty, podkładki, bym siedząc w kabinie, mógł cokolwiek zobaczyć – Bocian ma wysoką burtę. Mogłem sobie nawet posterować drążkiem. Wynieśliśmy się na 2,5 tys. m, pod chmury. Niestety było bardzo zimno, a ja byłem w krótkich spodenkach. Zmarz-
łem.

K.B.: Potem pewno sporo emocji przynosiły lądowania awaryjne?

S.K.: Szybowcem trzeba czasami lądować w kartoflisku, zbożu czy w kukurydzy. Ja się przekonałem, że bardzo dobre są pola z buraczkami. Bo wszystkie ich bulwy są na jednym poziomie – przed zasadzeniem buraczków takie pole się walcuje. Dzięki temu jest ono równiejsze nawet niż lotnisko. Po takim lądowaniu trzeba szybowiec rozmontować, przywieźć, zmontować. Lepiej więc dolatywać na lotnisko. W Międzybrodziu, oprócz góry Żar, która jest wysoko, i jeziora, nie ma nic równego do lądowania. Wokół góry. Więc był taki czas, że co roku jakiś pechowiec lub dwóch lądowało na tafli wody. Ojciec i ja musieliśmy już lądować na.... bagnach. Zawody w okolicach Łagowa k. Zielonej Góry. Chłodny maj. W nocy przymrozki, czasami krupy śnieżne. Leciałem Jantarem 2B – duży, ciężki, polski szybowiec. Chciałem nim prześmignąć pod chmurą burzową. Wydawało mi się, że dam radę. Pomyliłem się. Musiałem lądować w jakimś dużym kompleksie leśnym. Znalazłem tam równe miejsce. Z daleka. Z bliska okazało się, że to nie łąka, tylko bagienko. W momencie lądowania szybowiec się dosłownie zapadł – podłoże było tak miękkie, jak słabo nadmuchany materac. Nie miałem żadnej komórki, bo wówczas miały one rozmiar cegły i mało kto je miał. Najpierw więc musiałem się przeprawić przez rzeczkę. W lesie znalazłem druty telefoniczne, po nich leśniczówkę. Gdy zjawił się leśniczy, zadzwoniliśmy na lotnisko. I dopiero wtedy kolega przyjechał po mnie. Ale bez ekipy. Więc rozmontowaliśmy szybowiec na bag-nie i... spławialiśmy go rzeką. Indiańskim sposobem – ciuchy trzymaliśmy w węzełku i nad głową.

Podobną przygodę miał tata. Wylądował na bagnach nad Narwią, drewnianym szybowcem Foka. Wyszedł i zobaczył grupę dzieci biegnącą do niego. W pewnym momencie się zatrzymały. On macha do nich, by podeszły, a któreś z nich krzyczy:

– Panie, tam się ostatnio krowa utopiła! (śmiech). Musiał czekać. Szybowiec na szczęście nie tonął. Przyjechał jakiś pułk wojska. Na drabinach podczołgali się i ściągnęli maszynę z ojcem.

K.B.: Jak daleko lata się szybowcem?

S.K.: Ja przeleciałem ponad 2 tys. km w jednym locie. W Argentynie. To jedyne miejsce na Ziemi, w którym można robić tak długie loty na tzw. fali. Zjawisko powstaje przy silnym wietrze, gdy przeskakuje on nad górami. W Argentynie jest ogromne pasmo gór, a wokół rozległe połacie oceanu, więc to wyjątkowe miejsce pod względem powstawania ogromnej fali. Dlatego z jednego rekonesansu stamtąd przywiozłem naraz aż 8 rekordów Polski, m.in. ten najdłuższy przelot. Tak długie trasy to jednak rzadkość. Standardowo na zawodach jest ok. 500 km do pokonania.

K.B.: Czy kiedyś w chmurach czuł pan już, że Charon siedzi w szybowcu, sterując nim na drugą stronę Styksu?

S.K.: Loty są nacechowane pewnym niepokojem. Prawie cały czas. Obawa przed utratą wysokości, czy przed tym, że nie będzie gdzie lądować. Albo że lecimy za blisko skał i prąd, którzy przykleja się do nich, przydusi szybowiec... To się zdarza. Ja ryzykuję, ale zawodowo. Gdy pojawia się niebezpieczeństwo osobiste, zapala się we mnie czerwona lampka, że trzeba coś zrobić. Unikam takich sytuacji. Mam spore doświadczenie i umiejętności, więc latam bezpieczniej niż inni zawodnicy. Podejmuję mniejsze ryzyko, by uzyskać odpowiednie rezultaty.

K.B.: Ale przecież w tym sporcie nie wszystko zależy od człowieka i jego umiejętności...

S.K.: Oczywiście. Ale zawsze zostawiam sobie jakiś margines bezpieczeństwa, gdy np. krążę przy skałach, korzystając z prądów wznoszących. Charon więc nigdy nie zajrzał mi w oczy. W życiu nigdy nie rozbiłem żadnej maszyny.

K.B.: Co jest tak pięknego w szybownictwie, że warto ryzykować?

S.K.: To się zmienia z czasem. Ludzie młodzi są zafascynowani tym, że mogą się oderwać od ziemi i przemieszczać się w trójwymiarowej przestrzeni. Ten moment, gdy zaczynamy się w szybowcu unosić, tak 1–2 metry nad ziemią, jest najbardziej ekscytujący. Bo wtedy mamy bezpośredni kontakt wzrokowy z przeszkodami, drzewami, budynkami, ludźmi. A już lecimy. Już możemy manewrować. Latanie w górach jest też fascynujące, bo śmigamy między wierzchołkami, blisko zboczy, drzew. Potem ludzie fascynują się tym, że można się przemieszczać, dotrzeć gdzieś dalej. Szybowiec to prawie jak teleportacja. Docieramy do miejsc, które są niedostępne dla innych – odległe góry, duże kompleksy leśne, jeziora. Jeżeli ktoś się tam dostaje, to tylko pojedyncze osoby i to z wielkim wysiłkiem. A szybownik jest w stanie obejrzeć te miejsca kamień po kamieniu. Godzinami można się napawać widokami np. lodowców. Mnie cieszy też, że mogę dolecieć w takie miejsca dzięki... siłom natury. Przy okazji jeszcze pokonując konkurentów na zawodach.

K.B.: Co jest szczególnie piękne, gdy patrzy się na to z szybowca?
S.K.: Właśnie te miejsca, w których rzadko kto może się pojawić, np. duże parki narodowe. Nie wlecisz tam helikopterem, samolotem, bo te mają silniki. A szybowcem – nie ma problemu.

K.B.: O co szybownik jest bogatszy od nie-szybowników?

S.K.: Przeżycia, które trudno czasami opisać słowami. Miejsca, które się odwiedziło. Ja już z szybowcem byłem na wszystkich kontynentach. Nie wyobrażam sobie poznawania świata na piechotę. W rejonie 300 km od miejsca, w którym rozgrywają się zawody, znam prawie każdy szczegół. I to jest coś niesamowitego. Ciekawa jest pustynia Kalahari – rdzawo-czerwona, niezwykle kolorowa. Ale latanie tam jest nudne, bo trzeba trzymać się na dużej wysokości 3–4 tys. m nad terenem. Chmury wspaniale wyglądają, bo suche powietrze jest przenikliwie czyste. Burze, z widocznymi kowadłami za horyzontem, tworzą niezwykłe spektakle. Najciekawsze jest latanie w górach. Tam narodziło się szybownictwo, i teraz tam wraca.

K.B.: Przeszedł pan do historii lotnictwa jako pierwszy człowiek, który szybowcem leciał nad Himalajami.

S.K.: W pierwszej części tego projektu przeszliśmy przez biurokratyczne piekło, które urządziła nam kasta urzędników Nepalu. Trwało to bardzo długo. Gdy załatwiliśmy formalności, to zostały nam 3 dni na latanie. I popsuła się pogoda. Dosłownie ostatniego dnia mieliśmy nadzieję, że przynajmniej zobaczymy Himalaje. I wtedy powstała „fala”. Wiatr wiał 200 km/h. W Nepalu nie ma lotnictwa sportowego, brak więc samolotów, które mogłyby pociągnąć szybowiec. Dlatego model, którym ja tam dysponowałem był wyposażony w mały silnik. On wyniósł nas na 500–600 m nad lotnisko i dalej już prądami powietrznymi do góry. Dzięki temu wydostaliśmy się nad wierzchołki chmur. Przy turbulencjach i silnym wietrze wznosiliśmy się bardzo szybko. Poszybowaliśmy na 9,6 tys. m, nad Annapurną. Kolory i sceneria nie do opisania. Tego nawet zdjęcia nie oddadzą. Soczyste barwy, w krystalicznie czystym powietrzu. Widoki na setki kilometrów. Tybet, subkontynent indyjski. Skały brązowe, słabo pokryte śniegiem. W takich momentach człowiek rozumie, po co się to robi.

K.B.: Z czym te emocje mógłby pan porównać?

S.K.: Z lądowaniem na Księżycu. Co prawda nasza ekipa była znacznie mniejsza i dysponowaliśmy skromniejszymi środkami niż NASA, ale sukces był dla nas zbliżony. Jako pierwszą oblecieliśmy z bliska Machapuchare – szczyt w masywie Annapurny. To święta góra hinduistów, na którą nie można wejść, wspinać się. Nikt nigdy tam nie był, a my oglądaliśmy ją z bliska. Żeglując w powietrzu.

K.B.: Przez miesiąc próbowałem do pana dotrzeć – cały czas był pan na zawodach. Głównie za granicą. Chyba już odwiesił pan kitel lekarski na wieszak, czy tak?

S.K.: Niezupełnie. W sezonie letnim właściwie mnie nie ma – co drugi tydzień latam. Nikt też by mi w takiej sytuacji etatu nie zaoferował. Ale nadal pracuję jako lekarz w rodzinnym ośrodku zdrowia – rodzice i żona prowadzą własną praktykę. W niej mogę sobie chałturzyć.

K.B.: Czyli można pogodzić intensywne latanie i pracę ginekologa?

S.K.: Da radę. Ale moja przygoda z szybownictwem już się kończy.

K.B.: Dlaczego?

S.K.: To nie jest sport, który przynosi pieniądze – w Polsce bardzo mało popularny. Z tego się nie da żyć. Kiedy już miałem sporo sukcesów międzynarodowych, to częściej o sobie mogłem przeczytać w gazetach nowozelandzkich, niemieckich, francuskich niż w Polsce. U nas cisza. Musiałbym albo pójść dalej i latać na dużych samolotach pasażerskich, albo z tak intensywnego uprawiania tej pasji zrezygnować.

K.B.: Czy kiedykolwiek zawód lekarza przydał się w tej pasji?

S.K.: Niestety było trochę wypadków, przy których miałem możliwość wykazania się. Kiedyś szybowiec podczas lądowania zahaczył o zboże i walnął z impetem o grunt. Pilot złamał kręgosłup. Innemu koledze, podczas katastrofy, ostre elementy blach prawie obcięły nogi – przecięte wszystkie tętnice, nerwy itd. Ja znalazłem się na miejscu wypadku przypadkowo, z pustymi rękami. Sytuacja była dramatyczna, ale udało się go uratować. Do teraz aż mnie ciarki przechodzą, gdy to wspominam.

K.B.: Swoją drugą książkę zatytułował pan „Moje skrzydła. Drugi znaczy ostatni”. Ma pan silną potrzebę rywalizacji?

S.K.: Tak. Ludzie pytają się mnie, „ile można?”, „jeszcze się panu nie znudziło?”. Bo już mam sporą kolekcję 20 medali z samych mistrzostw świata. Mimo to do każdych zawodów staram się podejść poważnie i dobrze się przygotować. Jeśli tak nie jest, to wpadam niemalże w szał. Co mnie nakręca do jeszcze intensywniejszego działania. Szybownictwo nie jest takim sportem jak bieganie – przelecisz bieżnię, zmierzysz czas i wiesz, w jakiej jesteś formie. W szybownictwie nie znasz swojej formy, dopóki nie zmierzysz się z innymi zawodnikami. A sukces na zawodach jest okupiony strasznym wysiłkiem.

K.B.: Ma pan w domu kopię obrazu Bruegla „Upadek Ikara”?

S.K.: Wiem, który to, ale nie mam go. Ale za to mam Ikary i Dedale pod innymi postaciami – rzeźby z brązu, kamienia, drewna, srebra....

K.B.: I co pan czuje, patrząc na nie?

S.K.: Że ludzie są złośliwi (śmiech).




Sebastian Kawa – dziewięciokrotny mistrz świata w konkurencjach szybowcowych, wielokrotny rekordzista świata w szybownictwie, zdobywca ponad 20 medali na MŚ, najbardziej utytułowany pilot szybowcowy w historii tego sportu. W 2014 r. jako pierwszy człowiek na Ziemi przeleciał szybowcem nad najwyższymi szczytami Himalajów. W młodości był wielokrotnym mistrzem Polski w żeglarstwie (Cadet, Optymist i 420). Autor książek: „Niebo pełne żaru” oraz „Moje skrzydła. Drugi znaczy ostatni”. Z zawodu ginekolog. Więcej:
www.SebastianKawa.pl





Najpopularniejsze artykuły

Ile trwają studia medyczne w Polsce? Podpowiadamy!

Studia medyczne są marzeniem wielu młodych ludzi, ale wymagają dużego poświęcenia i wielu lat intensywnej nauki. Od etapu licencjackiego po specjalizację – każda ścieżka w medycynie ma swoje wyzwania i nagrody. W poniższym artykule omówimy dokładnie, jak długo trwają studia medyczne w Polsce, jakie są wymagania, by się na nie dostać oraz jakie możliwości kariery otwierają się po ich ukończeniu.

W jakich specjalizacjach brakuje lekarzy? Do jakiego lekarza najtrudniej się dostać?

Problem z dostaniem się do lekarza to dla pacjentów codzienność. Największe kolejki notuje się do specjalistów przyjmujących w ramach podstawowej opieki zdrowotnej, ale w wielu województwach również na prywatne wizyty trzeba czekać kilka tygodni. Sprawdź, jakich specjalizacji poszukują pracodawcy!

Testy wielogenowe pozwalają uniknąć niepotrzebnej chemioterapii

– Wiemy, że nawet do 85% pacjentek z wczesnym rakiem piersi w leczeniu uzupełniającym nie wymaga chemioterapii. Ale nie da się ich wytypować na podstawie stosowanych standardowo czynników kliniczno-patomorfologicznych. Taki test wielogenowy jak Oncotype DX pozwala nam wyłonić tę grupę – mówi onkolog, prof. Renata Duchnowska.

Na czym polega świadoma pielęgnacja twarzy?

Świadoma pielęgnacja twarzy to trend, który wykracza poza zwykłe stosowanie kosmetyków. To przede wszystkim umiejętność słuchania swojej skóry, rozumienia jej aktualnych potrzeb i podejmowania decyzji pielęgnacyjnych opartych na wiedzy o składnikach aktywnych. Na czym polega świadoma pielęgnacja twarzy? Na zastąpieniu przypadkowych zakupów celowanym działaniem, minimalizacji ryzyka podrażnień i maksymalizacji efektywności.

Polisa jako element wsparcia finansowego – jak zadbać standard życia najbliższych?

Materiał marketingowy: W dynamicznie zmieniającym się świecie poczucie stabilizacji staje się jedną z najcenniejszych wartości. Ubezpieczenie na życie może pomóc złagodzić finansowe skutki trudnych sytuacji i wesprzeć bliskich w razie zdarzeń losowych.

10 000 kroków dziennie? To mit!

Odkąd pamiętam, 10 000 kroków było złotym standardem chodzenia. To jest to, do czego powinniśmy dążyć każdego dnia, aby osiągnąć (rzekomo) optymalny poziom zdrowia. Stało się to domyślnym celem większości naszych monitorów kroków i (czasami nieosiągalną) linią mety naszych dni. I chociaż wszyscy wspólnie zdecydowaliśmy, że 10 000 to idealna dzienna liczba do osiągnięcia, to skąd się ona w ogóle wzięła? Kto zdecydował, że jest to liczba, do której powinniśmy dążyć? A co ważniejsze, czy jest to mit, czy naprawdę potrzebujemy 10 000 kroków dziennie, aby osiągnąć zdrowie i dobre samopoczucie?

Suplementacja na diecie ketogenicznej — czego potrzebuje organizm i jak uzupełniać niedobory

Dieta ketogeniczna, znana również jako dieta keto, to sposób żywienia charakteryzujący się bardzo niskim spożyciem węglowodanów (zazwyczaj poniżej 50 gramów dziennie), umiarkowaną ilością białka i wysoką zawartością zdrowych tłuszczów. Taka proporcja makroskładników zmusza organizm do zmiany głównego źródła energii z glukozy na ketony – związki powstające z rozkładu tłuszczów w wątrobie. Stan metaboliczny, w którym ciała ketonowe stają się podstawowym paliwem dla komórek, nazywamy ketozą. Z medycznego punktu widzenia dieta niskowęglowodanowa może wspierać redukcję masy ciała, poprawę kontroli glikemii u osób z insulinoopornością oraz korzystnie wpływać na profil lipidowy krwi, choć wymaga świadomego planowania, aby uniknąć niedoborów składników odżywczych.

Wczesny hormonozależny rak piersi – szanse rosną

Wczesny hormonozależny rak piersi u ponad 30% pacjentów daje wznowę nawet po bardzo wielu latach. Na szczęście w kwietniu 2022 roku pojawiły się nowe leki, a więc i nowe możliwości leczenia tego typu nowotworu. Leki te ograniczają ryzyko nawrotu choroby.

Właściwe rozpoznanie swojego typu stopy

Każda stopa jest inna, a jej budowa wpływa na sposób chodzenia, komfort noszenia obuwia i zdrowie całego układu ruchu. Właściwe rozpoznanie swojego typu stopy to pierwszy krok do dobrania odpowiednich butów i wkładek. Niewłaściwe dopasowanie może prowadzić do bólu kolan, przeciążeń ścięgien, a nawet zmian w postawie ciała. Warto więc poświęcić chwilę, by sprawdzić, jaki masz typ stopy i jak o nią zadbać.

Super Indukcyjna Stymulacja (SIS) – nowoczesna metoda w fizjoterapii neurologicznej i ortopedycznej

Współczesna fizjoterapia dysponuje coraz szerszym wachlarzem metod terapeutycznych, które pozwalają skuteczniej i szybciej osiągać cele rehabilitacyjne. Jedną z technologii, która w ostatnich latach zyskuje na znaczeniu w leczeniu schorzeń układu mięśniowo-szkieletowego oraz neurologicznych, jest Super Indukcyjna Stymulacja, w skrócie SIS. Ta nieinwazyjna metoda wykorzystuje wysokoenergetyczne pole elektromagnetyczne do głębokiej stymulacji tkanek, oferując alternatywę dla tradycyjnych form elektroterapii i kinezyterapii.

Ból głowy u dzieci: niedoceniany problem

Paluszek i główka to szkolna wymówka. Każdy zna to powiedzenie. Bywa używane w różnych kontekstach, ale najczęściej jest komentarzem do sytuacji, gdy dziecko skarży się na ból głowy i z tego powodu nie chce iść do szkoły lub wykonać jakiegoś polecenia rodzica. A może jest tak, że nie doceniamy problemu, którym są bóle głowy u dzieci?

Lecytyna sojowa – wszechstronne właściwości i zastosowanie w zdrowiu

Lecytyna sojowa to substancja o szerokim spektrum działania, która od lat znajduje zastosowanie zarówno w medycynie, jak i przemyśle spożywczym. Ten niezwykły związek należący do grupy fosfolipidów pełni kluczową rolę w funkcjonowaniu organizmu, będąc podstawowym budulcem błon komórkowych.

Życie z wszywką alkoholową: Jak się przygotować i co zmienić w codziennym funkcjonowaniu?

Alkoholizm jest poważnym problemem zdrowotnym, który dotyka wiele osób na całym świecie. Wszywka alkoholowa jest jedną z metod wspomagających walkę z tym uzależnieniem – mały implant, zawierający substancję disulfiram, który wchodzi w reakcję z alkoholem i wywołuje nieprzyjemne objawy po jego spożyciu. Wszywka alkoholowa stała się popularną opcją terapii w miastach takich jak Siedlce, gdzie coraz więcej osób szuka skutecznych sposobów na zerwanie z nałogiem. Jakie zmiany w codziennym funkcjonowaniu przynosi życie z wszywką i jak się do tego przygotować?

Co powinna umieć opaska SOS dla seniora?

Bezpieczeństwo seniorów to temat, który zyskuje coraz większą wagę w kontekście starzejącego się społeczeństwa. Dla wielu rodzin, które nie mogą zapewnić swoim bliskim stałej opieki, opaska SOS dla seniora staje się niezwykle praktycznym i niezastąpionym urządzeniem. Jakie funkcje powinna mieć opaska SOS, by spełniała swoje zadanie? Przyjrzyjmy się najważniejszym z nich.

Choroby wirusowe u dzieci – jakie powinieneś znać?

Wirusowe choroby wieku dziecięcego to jedne z najczęstszych powodów wizyt u pediatry. Choć wiele z nich przebiega łagodnie, niektóre mogą prowadzić do groźnych powikłań, zwłaszcza u dzieci z obniżoną odpornością. Dzięki szczepieniom część z powszechnie występujących schorzeń udało się niemal całkowicie wyeliminować, jednak nie oznacza to, że nie stanowią one zagrożenia dla zdrowia najmłodszych. Warto więc znać ich objawy, aby móc odpowiednio zareagować w przypadku zakażenia.

Rzeczpospolita bezzębna

Polski trzylatek statystycznie ma aż trzy zepsute zęby. Sześciolatki mają próchnicę częściej niż ich rówieśnicy w Ugandzie i Wietnamie. Na fotelu dentystycznym ani razu w swoim życiu nie usiadł co dziesiąty siedmiolatek. Statystyki dotyczące starszych napawają grozą: 92 proc. nastolatków i 99 proc. dorosłych ma próchnicę. Przeciętny Polak idzie do dentysty wtedy, gdy nie jest w stanie wytrzymać bólu i jest mu już wszystko jedno, gdzie trafi.



© 2026 SANITAS sp. z o.o. | Ustawienia cookies

bot