„SZ” nr 96-100 z 19 grudnia 2005 r.
Przygotowanie artyleryjskie, jakim stała się ostatnio fala aresztowań lekarzy biorących łapówki, oraz szeroki oddźwięk medialny tych działań spowodowały, iż w środowisku medycznym zaczęło pękać kolejne tabu.
Druga strona medalu
Kilkanaście lat temu szokiem dla społeczeństwa było ujawnienie wysokości wstydliwie dotąd ukrywanych, żenująco niskich wynagrodzeń etatowych lekarzy, a także przekraczającej wszelkie normy liczby godzin ich pracy. Później, coraz częściej zaczęto ujawniać błędy lekarskie oraz przypadki pijaństwa w pracy. Teraz wzięto się za łapówki.
Ważne, że głos zabrali również sami lekarze. Większość nie chce się czerwienić za kolegów. Zwłaszcza za tych, którzy już na studiach zaplanowali, że głównym źródłem ich dochodów będzie szara strefa. A także za tych, w których pazerność obudziła się w trakcie pracy zawodowej. Oraz za tych, którzy doszli do wniosku, że - mimo iż nie pracują "na swoim" - mogą decydować o losie pacjenta i jego kieszeni z racji swoich stanowisk, tytułów i umiejętności.
Przyczyny istnienia szarej strefy nie są jednak tak proste, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Bo jest przecież i druga strona tego medalu. Stroną tą jest tolerancja społeczna oraz wielowiekowa tradycja, przejawiająca się w zachowaniach pacjentów. To właśnie oni nieraz "dają lekarzom szkołę".
Edukowanie doktora
Pracując jeszcze przed podjęciem studiów medycznych w szpitalu jako sanitariusz (a było to pod koniec lat 60. ubiegłego stulecia), dostarczyłem kiedyś z izby przyjęć na oddział pacjenta. Gdy znaleźliśmy się na miejscu, wyciągnął w moją stronę 20 zł. Zignorowałem ten gest i wyszedłem. Po tygodniu zajrzałem na salę. Jeden z chorych spytał:
- Czy to czasem nie pan mnie tu zaholował z izby przyjęć?
- Nie, to chyba kolega - odparłem machinalnie, nie poznając pytającego.
- Bo wie pan, był tu taki, podobny do pana. Chciałem mu się odwdzięczyć, bo cóż on tu zarabia za tę swoją robotę, dawałem dwie dychy, ale nie wziął, głupek. Nie da sobie rady w życiu, bałwan.
I w tym dopiero momencie skojarzyłem, że mówił właśnie o mnie. Że to niby ja jestem tym głupkiem, i tym bałwanem, co to nie da sobie rady w życiu.
Kiedy rozpocząłem pracę zawodową, niejednokrotnie zdarzało mi się wyciągać z kieszeni kopertę, wetkniętą tam nie wiadomo kiedy i jak - i oddawać ją opierającej się przed tym rękoma i nogami pacjentce (lub pacjentowi) albo walczyć z reklamówką wypakowaną "zestawem wdzięcznościowym nr 3" (flacha, kawa, bomboniera).
Inwestowanie w zdrowie
Pacjentowi wciskającemu lekarzowi kopertę na "dzień dobry" wydaje się, że będzie lepiej traktowany i leczony, bo lekarz zajmie się nim bardziej szczegółowo. Albo, że w ogóle się nim zajmie. I nic gorszego nie może takiego pacjenta spotkać niż odmowa, bo wtedy nabiera pewności, iż jego choroba jest beznadziejna: doktor nie bierze, bo wie, że i tak nie da rady go uratować.
Niektórzy lekarze poddają się tej presji, a potem idą nawet dalej i sami zaczynają wykazywać silną inicjatywę w kierunku drenowania kieszeni pacjenta.
(...)